O siedem lat pod jednym dachem z teściową: dlaczego moja siostra uważa, że wszystko jej się należy
Mojej młodszej siostrze na imię Zosia. Od zawsze potrafiła się przedstawić jako ofiara. U niej nic nie wychodzi, wszystko jest trudne, wszyscy są winni, tylko nie ona. Nie nauczyła się rozwiązywać problemów – woli siedzieć i czekać, aż ktoś rzuci swoje sprawy i przybiegnie jej na pomoc. Delikatnie mówiąc, żyje w przeświadczeniu, że „wszystko jej się należy”.
Zaraz po studiach Zosia wyszła za mąż. I nie powiem, żeby nie miała szczęścia – wręcz przeciwnie, dostała szansę, o której wielu marzy. Jej teściowa, Barbara Nowak, okazała się kobietą o złotym sercu i zdrowym rozsądku. Miała kawalerkę w Warszawie, która dostała się jej w spadku po ciotce. Zamiast od razu wynajmować mieszkanie, jak planowała, pozwoliła młodym zamieszkać tam za darmo. Sama została w swoim dwupokojowym mieszkaniu na obrzeżach miasta – wszystko po to, by młoda para mogła oszczędzać na własne lokum. Niestety, taka hojność często kończy się brakiem wdzięczności.
Zosia nigdy nie pałała ochotą do pracy. Z rozkoszą wylegiwała się na kanapie z serialami, kawą i social media. Pójść do pracy po studiach? Po co, skoro można szybko urodzić dziecko i iść na macierzyński? Tak też zrobiła – po roku już spacerowała z wózkiem, a kolejny rok później mężczyzna się ulotnił. Została sama. I kto ją przygarnął? Oczywiście teściowa.
Barbara znów okazała dobroć – pozwoliła Zosi zostać w mieszkaniu, dopóki ta nie „stanie na nogi”. W jej rozumieniu znaczyło to: znaleźć pracę, odłożyć choćby na wkład własny do kredytu, powoli uczyć się samodzielności. Ale Zosia rozumiała to inaczej: odpoczywać, dopóki ktoś jej nie wyprosi.
Teściowa pomagała, jak mogła: opiekowała się wnukiem, kupowała zabawki, dokładała się do zakupów. A Zosia zamiast oszczędzać, leciała na wakacje za granicę, kupowała markowe ciuchy i wrzucała w internet zdjęcia nowych torebek i makijaży. Mieszkanie nadal zajmowała za darmo. Były mąż, nawiasem mówiąc, nie próżnował – wziął kredyt, ożenił się ponownie, ułożył sobie życie. A moja siostra najwyraźniej uznała, że może nic nie robić – wszyscy wokół powinni.
Minęło siedem lat. Barbara, która od dawna jest już na emeryturze, przypomniała, że kiedyś planowała wynajmować to mieszkanie, żeby mieć jakikolwiek dochód. Grzecznie poprosiła Zosię, żeby pomyślała o wyprowadzce. I co myślicie? Siostra urządziła takie przedstawienie, że największe teatry mogłyby pozazdrościć. Z krzykiem i płaczem twierdziła, że wyrzucają ją z dzieckiem na ulicę. Oczywiście robiła to przy dziecku i w obecności byłego męża.
Nikt jej na ulicę nie wyrzucał. Nasi rodzice mieszkają w domu pod Warszawą i mają dla Zosi i dziecka osobny pokój. Ale ona tam nie chce. Dlaczego? Bo w rodzinnym domu trzeba czasem pomóc w sprzątaniu, ogarniać po sobie, wstawać wcześniej – a ona przywykła do wolnego życia. Więc postanowiła przerzucić ten problem na mnie.
My z mężem dopiero co spłaciliśmy wkład własny do kredytu, zrobiliśmy remont i zaczęliśmy wynajmować mieszkanie. Czynsz pokrywa naszą ratę. Na razie mieszkamy w kawalerce męża. Zosia się o tym dowiedziała i bez żenady zaproponowała, żeby „przyjąć ją na pół roku”. Oczywiście za darmo. I zapewniała, że pół roku wystarczy, żeby „wszystko ogarnąć”.
Ale ja znam Zosię. Z pół roku zrobiłoby się osiem lat. A nasz remont rozjechałaby w pierwszym miesiącu. Potem miałaby pretensje, że jestem „skąpa” i nie chcę pomóc rodzonej siostrze. Dlatego od razu powiedziałam stanowcze „nie”. I to była najlepsza decyzja. Zosia wściekła się, zaczęła obdzwaniać rodzinę, przedstawiać nas z mężem jako bezdusznych, podburzać synka przeciwko wszystkim.
Ale ja już nie daję się manipulować. My z mężem pracujemy, budujemy przyszłość. Nie odpoczywaliśmy nad morzem, nie kupowaliśmy drogich ubrań – oszczędzaliśmy. Nie jesteśmy zobowiązani płacić za czyjeś lenistwo i lekkomyślność.
Do dziś nie rozumiem – jak można przez siedem lat nie pomyśleć o przyszłości? Myślała, że będzie mieszkać u teściowej na zawsze? A może czekała, aż ktoś z rodziny podrzuci jej kolejne mieszkanie? Najgorsze jest to przekonanie, że wszystko jej się należy. Nawet własne dziecko stało się kartą przetargową w tym przedstawieniu pt. „Jestem biedna, nieszczęśliwa, wyrzucają mnie na bruk”.
Co robić z taką siostrą? Utrzymywać kontakt czy postawić kropkę? Mam dość bycia dla niej „zobowiązaną”…



