Kudłaty ratownik
Rytmiczne stukanie kół i migające za oknem drzewa kołysały do snu. Tomek się zdrzemnął, opierając czoło o szybę i kurczowo trzymając dużą różową paczkę z lalką — prezentem dla sześcioletniej córeczki. Została mu już niecała godzina drogi: służbowa podróż dobiegała końca, a on nie mógł się doczekać powrotu do rodziny.
Sen był zaskakująco wyraźny: rodzinny dom, ukochana Kinga, Mateuszka — jego małe promyczki słońca. Nawet kundelek Kłębuszek mu się przyśnił — ten sam pies, którego nie znosił. Mały, bezużyteczny, tchórzliwy. Ale Mateuszka wyprosiła — przyniosła go jako szczeniaka z ulicy, a on, patrząc w jej oczy, musiał się poddać.
Pociąg szarpnął i gwałtownie zahamował. Tomek otworzył oczy. Naprzeciw siedziała nieznajoma kobieta.
— Dzień dobry. Znamy się? — zapytał zdezorientowany.
— Nie, przepraszam. Po prostu wyglądało to urocze — taki poważny pan z pudłem lalki na kolanach.
— To dla córki. Z każdego wyjazdu próbuję coś przywieźć. Strasznie za nią tęsknię.
— Ależ pańska rodzina ma szczęście…
— To ja mam szczęście do nich — odpowiedział z uśmiechem.
Szybko dotarł na obrzeża miasteczka, minął blokowiska i skierował się w stronę rodzinnego domku. Na widok furtki, która stała otwarta, pomyślał, że pewnie Kinga z córeczką wyszły go powitać. Lecz przy domu spotkała go blada, przerażona żona.
— Tomek! Matea zniknęła!
Słowa wbiły się jak nóż. Uśmiech zniknął z twarzy. Tomek postawił torbę przy płocie. Lalka została w ręku.
Kinga łapała oddech ze strachu. Mówiła, że słyszała córeczkę — bawiła się z Kłębuszkiem w piaskownicy. Potem wyszła do kuchni na chwilę. Wróciła — cisza. Matei nigdzie. Przeszukała podwórko, ulicę, dom. Nic.
— Furtka była zamknięta?
— Matea mógłaby otworzyć… Ale wie, że nie wolno…
Ruszyli na niedorzeczne poszukiwania. Przeszli okolicę. Krzyczeli. Zagadywali sąsiadów. Po godzinie dotarło do nich — to nie żarty. Policja. Ochotnicza grupa poszukiwawcza.
W piaskownicy zostało tylko wiaderko i ślady. Kłębuszek też przepadł.
— Może jest z nią — zamyślił się komisarz policji.
Tomek nie miał wątpliwości: Matea żyje. Pójdzie do lasu, znajdzie ją. Bez względu na wszystko. W koszulce, mimo nocnego chłodu. „Mateuszce zimno — więc i mnie też” — powtarzał w kółko.
Z latarką w ręku, w towarzystwie wolontariuszy, przeczesywał las. Raz po raz zatrzymywali się, wołali. Bez odpowiedzi. Tomek przypomniał sobie, jak kiedyś zabrał córeczkę z przedszkola i usłyszał: „Tato, mogę zatrzymać pieska?” — i pokazała na drżącą kulkę sierści.
Kłębuszek został jej wiernym przyjacielem. Grzał, gdy była chora. Smęcił, gdy jej nie było. Więcej niż pies. Prawie anioł stróż.
Nagle w ciemności mignęło znalezisko. Różowa czapeczka z uszkami. Potem sandałek.
— To jej! — krzyknął Tomek ochrypłym głosem.
Wolontariusze milczeli. Ich spojrzenia mówiły wszystko. Ale Tomek odpędzał przerażenie. „Żyje. Ona żyje. Znajdę ją”.
Po kilku godzinach krzyki przerwały ciszę. Grupa znalazła jar. Na dnie — dziewczynka. Blada, podrapana, ale żywa.
— Tato… Pić mi się chce — wyszeptała, gdy znalazła się w ramionach ojca.
— Już, kochanie. Wszystko dobrze.
I dopiero gdy wyszli na górę, Matea dodała:
— Kłębuszek tam… Sam nie dał rady wyjść…
Znaleźli psa. Ranny, ze złamaną łapą. Podreptał za ludźmi, żeby zauważyli jego i Mateę.
Rano weterynarz spojrzał na Kłębuszka:
— Uśpić?
— Nie. Leczy— Nie. Leczyć. On uratował moją córkę.



