Mąż oddał przygotowane przeze mnie jedzenie mojej teściowej. Uważam to za zdradę.

Zamienił moją tygodniową zapobiegliwość w danie dla teściowej. A ja czuję się jak bohaterka kiepskiej opery mydlanej.

Każdej soboty zamieniam się w kuchenną maszynę – spędzam cały dzień przy garach, by upiec, ugotować i usmażyć zapasy na cały tydzień. Nie byle jakie zapasy! Pierogi, gołąbki, kopytka, schabowe, bigos – wszystko starannie układam w zamrażarce, by po pracy tylko wrzucić na patelnię i mieć obiad w pięć minut. To mój system przetrwania w tym szalonym świecie. Aż tu nagle, mój małżonek postanowił zostać Robin Hoodem… tylko że kosztem mojej lodówki.

We wtorek wracam z pracy, otwieram zamrażarkę – a tu pustki jak po kontroli skarbówki. Z moich pięknie podpisanych pojemników zostało tyle, co kot napłakał.

„Kazimierzu!” – wołam męża. „Gdzie całe jedzenie, które przygotowałam?”

On się kręci, jakby nagle zainteresował się innymi projektami w kuchni.

„No… mama była. Mówiła, że emeryturka mała, a lodówka pusta. No to się z nią podzieliłem.”

„Podzieliłeś?” powtarzam, mierząc wzrokiem niemal pustą zamrażarkę. „Czyli ile dokładnie?”

„No… połowę?” odpowiada, jakby to była najnormalniejsza rzecz pod słońcem. „Ale to tylko jedzenie. Ty przecież lubisz gotować.”

Zamarłam. Lubię gotować? Lubię?! To nie jest hobby, to konieczność! Te dwie soboty spędzone przy garnkach to nie odcinek MasterChefa – to moje życie. I nagle on decyduje, że oddaje połowę, nawet nie pytając.

„Jeśli twoja mama potrzebuje pomocy” – mówię cicho, by nie wybuchnąć – „to możesz dać jej sto złotych i niech sobie zamówi obiad. Ja nie jestem jadłodajnią dla całej rodziny.”

A on zaczyna mruczeć pod nosem: „No ale toż to matka”, „Przecież ty to robisz od ręki”. Więc wzięłam torbę i poszłam do teściowej. Sąsiadka przez klatkę. Zapukałam.

„Słuchajcie, teściu” – powiedziałam spokojnie. „Niech Kazik wam pomaga, jeśli chce. Ale nie moim jedzeniem, bo ja gotuję dla nas, nie dla całej dzielnicy.”

Stała jak przysłowiowy słup soli. Weszłam do kuchni, spakowałam swoje pojemniki i wyszłam.

Wieczorem mąż był obrażony. Nazwał mnie bezduszną. A ja po raz pierwszy od dawna poczułam ulgę. Bo wreszcie powiedziałam „dość”. Nie jestem kuchennym robotem. Nie jestem obowiązkową pomocą społeczną.

Pomagać? Jasne. Ale nie kosztem własnych sił i czasu. Niech mąż daje kasę, niech zamawiają catering. A ja? Ja sobie odpuszczę ten tydzień gotowania. Bo, wiecie co? Też czasem mam ochotę po prostu usiąść.

Rate article
Fajna Tajna
Mąż oddał przygotowane przeze mnie jedzenie mojej teściowej. Uważam to za zdradę.