Żyli razem trzydzieści pięć lat. Prawie pół życia. Jerzy i Zofia. Ich miłość zaczęła się jak z kart starych powieści — tańce w deszczu, nocne rozmowy przy herbacie, wspólne marzenia o domu z ogrodem. Zofia była drobna, delikatna, cicha, ale o żelaznym charakterze. Jerzy — ambitny, z ogniem w oczach, wiecznie głodny sukcesu.
Przeszli przez piekło: biedę, długi, przeprowadzki, śmierć bliskich. Gdy Jerzy zakładał firmę, Zofia dźwigała na barkach dom, dzieci, rachunki, choroby. Gdy interesy wreszcie się rozkręciły, a życie nabrało blasku, Jerzy… zakochał się. W młodą, długonogą asystentkę. W tę, która śmiała się z jego żartów i dotykała jego dłoni odrobinę za długo.
Postanowił szybko. Wynajął topowych adwokatów, by odebrać dom — ten, który budowali od podstaw, remontowali wspólnie, gdzie Zofia sadziła róże i haftowała serwetki. Dom z ich dawnych marzeń.
Sąd przyznał dom Jerzemu. Zofia miała dwa miesiące na wyprowadzkę. Wytrzymała dwa dni. Bez łez, bez scen. W milczeniu spakowała rzeczy, wezłała firankę. Na pożegnanie, jakby dla upamiętnienia upokorzeń, rozsypała po domu garść ugotowanych krewetek — za karniszami, pod parapetami, w kratkach wentylacyjnych. Resztki z pożegnalnej kolacji, którą zjadła sama w pustych ścianach.
Nowa partnerka Jerzego wprowadziła się do „domu marzeń” po tygodniu. Zachwycała się przestronnym salonem, kominkiem, tarasem. Ale już następnego dnia poczuła mdły odór. Nieznosny, duszący. Nie pomagało wietrzenie, mycie podłóg, wymiana wykładzin. Kupili jonizatory — daremnie. Goście przestali przychodzić, uciekali po kwadransie.
Jerzy próbował sprzedać dom. Plotki w małej miejscowości rozniosły się błyskawicznie. Agenci nieruchomości odmawiali współpracy. Dom stał się przeklęty.
Para zaciągnęła wysoki kredyt hipoteczny na nowe mieszkanie. Pieniądze topniały. Wtedy zadzwoniła Zofia.
— Jak tam, Jerzy?
— Źle — wybuchnął. — Dom nie idzie. Jesteśmy na skraju bankructwa.
— Ciekawe — odparła spokojnie. — Tęsknię za tamtym domem. Może sprzedałbyś mi go? Za symboliczną kwotę. Powiedzmy… 10% wartości?
Jerzy omal nie zapłakał z ulgi. Natychmiast się zgodził.
Podpisali dokumenty następnego dnia. Gdy Jerzy z nową żoną wynosili się do nowego lokum, Zofia weszła do opustoszałego domu, wzięła głęboki oddech — i po raz pierwszy od miesięcy uśmiechnęła się szczerze.
Lecz to nie był koniec.
Nowi właściciele postanowili zabrać wszystko: meble, dywany, zasłony… Szczególnie karnisze! Jerzy nie mógł znieść, by cokolwiek zostało eksżonie. Sam je odkręcał. I razem z nimi… zabrał źródło smrodu.
W nowym mieszkaniu woń pojawiła się następnego ranka.
Zofia wiedziała, że tak się stanie. Nie zadzwoniła więcej.
Teraz w swoim domu cieszy się ciszą, czystością i ogrodem, gdzie kwitną jej róże. A Jerzy? Żyje w klątwie, którą sam wykował. Za zdradę. Za pychę. Za to, że zapomniał, kto stał przy nim, gdy nie miał nic.



