Bezrobotny zięć żyje na nasz koszt, a córka go broni.

Dzisiaj znów się pokłóciłam z córką, a wszystko przez jej męża, który od ponad pół roku nie pracuje i ciągle żyje na nasz koszt. Serce mi pęka, gdy patrzę, jak nasza rodzina się rozpada przez dorosłych ludzi, którzy nie potrafią wziąć odpowiedzialności za własne życie.

Kilka dni temu wybuchła między nami awantura, a winny był mój zięć – człowiek, który od ośmiu miesięcy nie ma pracy i nawet nie próbuje tego zmienić. A moja Danuta? Broni go! Mówi, że wstyd iść „byle gdzie”, skoro ma wykształcenie i doświadczenie. Ale życie na garnuszku rodziców – to już chyba nie wstyd?

Dwa lata temu mieli ślub. Wszystko było piękne, ludzkie. My, rodzice z obu stron, pomogliśmy z mieszkaniem – zrzuciliśmy się po połowie. Sami robili remont, wtedy oboje pracowali, pieniędzy starczało. Owszem, nie zawsze wydawali rozsądnie, ale nie wtrącaliśmy się – dorośli, niech się uczą.

Pół roku temu urodził się wnuk. Cieszyliśmy się, jakie to szczęście! Tylko że wraz z radością pojawiły się kłopoty. Danusia poszła na macierzyński, a prawie w tym samym czasie zięć stracił pracę. Oszczędności – zero. Poprosili o pomoc, oczywiście nie odmówiliśmy. Teściowie też się włączyli. Wszystko – od wózka po łóżeczko – kupiliśmy my. Danuta dostaje grosze, a zięć „szuka pracy”… już ósmy miesiąc.

Obiecywał, że to przejściowe, że zaraz znajdzie coś odpowiedniego i odda długi. Nawet nie żądaliśmy zwrotu, byleby stanęli na nogi. Ale czas płynie, a nic się nie zmienia. Już jesteśmy zmęczeni. Czy tak trudno złapać się choćby dorywczo – na magazyn, do kuriera, byle gdzie? Ale on uważa, że to „niegodne”. A Danuta tylko przytakuje.

Ostatnio nie wytrzymałam i powiedziałam jej wszystko wprost. Mówię: jest mężczyzną, ojcem, powinien utrzymać rodzinę! A on leży na kanapie i czeka, aż gwiazdy się ułożą i spadnie mu wymarzona posada za dziesięć tysięcy. A my z mężem harujemy, żeby oni nie głodowali.

Córka się obraziła. Nazwała mnie okrutną, powiedziała, że nie rozumiem ich sytuacji. Że jak pójdzie „byle gdzie”, to nie będzie miał ani czasu, ani siły na rozmowy kwalifikacyjne, a do tego wróci zmęczony i zły. A ona ma z tym dzieckiem i tak ciężko.

Słuchałam i czułam, jak kipi we mnie złość. Od kiedy młodzi uważają, że rodzice muszą utrzymywać nie tylko ich, ale i ich dzieci? My z mężem wychowywaliśmy Danutę bez pomocy dziadków, sami pracowaliśmy, sami dawaliśmy radę. I nie czekaliśmy, aż ktoś za nas rozwiąże problemy. A oni… urządzili się wygodnie.

Pogadałam z teściową. Ona też niezadowolona – mówi, że Marek coraz częściej narzeka na brak sił, ale nawet odkurzacza w rękę nie weźmie, co dopiero pracy. Umówiłyśmy się: dość. Zakręcamy kurek. Żadnych cotygodniowych zakupów, żadnych pieluch za nasze pieniądze. Kupimy tylko absolutne minimum.

Może to brzmi surowo. Tak, to nasze dzieci. Ale czy miłość to wieczne pobłażanie? Czy prawdziwa troska to pozwalać im się staczać? Muszą zrozumieć, że rodzina to praca, a nie nieskończone wakacje.

Jeśli teraz ich nie otrzeźwimy, za rok będzie jeszcze gorzej. On dalej będzie czekał na „wymarzoną posadę”, a ona – udowadniała, że mają rację. Tyle że żyć będą już nie na swojej, ale na naszej karku. I bez cienia wstydu.

A przecież dają przykład wnukowi. Jak można tak żyć?

Rate article
Fajna Tajna
Bezrobotny zięć żyje na nasz koszt, a córka go broni.