Życie Dla Siebie

**Żyć dla siebie**

– A przecież mam tylko 49 lat… – Róża patrzyła na lekarza z dezorientacją. – Naprawdę nic nie da się zrobić? – spytała z nadzieją w głosie.

– Przy odpowiednim leczeniu, po serii zabiegów, można przedłużyć ten czas, powiedzmy, o rok, może półtora. – Bogusław Leszczyński stuknął ołówkiem w blat, którym przed chwilą robił notatki w dokumentacji Róży. Po latach praktyki przyzwyczaił się już do szoku, łez, histerii, a nawet oskarżeń. Każdy pacjent inaczej reagował na diagnozę „nieuchronnej śmierci”.

– Pomyślę. – Tyle tylko odpowiedziała kobieta i wyszła.

Jeszcze niedawno Róża nie miała większych problemów ze zdrowiem. Nawet przeziębienia zdarzały się rzadko. Dwa miesiące temu, zauważywszy, że coś jest nie tak, zgłosiła się do szpitala. Guz okazał się nieoperacyjny. Sześć do ośmiu miesięcy – orzekł Bogusław Leszczyński. Róża nie rozpłakała się, nie obwiniała nikogo, że choroba została zlekceważona. Wyobraziła sobie, jak niewiele to czasu – pół roku. Nie dożyje nawet swojego pięćdziesiątego urodzin.

– Piękny dziś dzień. – Głos wyrwał ją z ponurych myśli. Po wyjściu z przychodni usiadła na ławce i nie zauważyła, kiedy obok przysiadł starszy mężczyzna. Opierał się na lasce, starannie prostując plecy, i mrużył oczy, wpatrując się w słońce.
– Przepraszam, jeśli przeszkodziłem. – Stary człowiek zauważył, że Róża drgnęła z zaskoczenia.

– To nic. – Próbowała się uśmiechnąć. – Rzeczywiście, pogoda jest wspaniała.
– W moim wieku cieszę się nawet z deszczowych dni. Ale takie słoneczne to prawdziwy dar. Może to starość, ale chciałbym, żeby mój ostatni dzień był ciepły i jasny.
– Mówi pan o śmierci tak spokojnie. – Róża była zdumiona.

– Mam 94 lata. – Roześmiał się. – Poza tym śmierć nie pyta o wiek. Trzeba być na nią gotowym zawsze. Szkoda, że sam zrozumiałem to zbyt późno. Gdybym wiedział wcześniej, nie odkładałbym tylu rzeczy na późno. Bo kto wie, czy to „późno” w ogóle nadejdzie?
Na przykład pani – co by zrobiła, gdyby wiedziała, że umrze jutro? Chociaż… przepraszam, starego, że się wtrącam. Po prostu nie mam z kim porozmawiać. Moi współlokatorzy z hospicjum to straszni marudy, tylko narzekają i wzdychają. A czy warto na to tracić czas? Wie pani, wolałbym teraz być na pokładzie wycieczkowca niż na tej ławce.

Ostatnia podróż. – Zaśmiał się cicho. – Zapyta pani, dlaczego wciąż tu jestem? Bo nie mam pieniędzy. Rodzina oddała mnie do hospicjum, mieszkanie dawno przepisane na wnuka, a emeryturę też sobie zabrali. Ale nie mam do nich żalu. Młodzi. Pewnie uważają, że im się bardziej należy. Przepraszam znowu, tak się rozgadałem.

– Nie, nie, to nic. – Róża słuchała uważnie. Między jej brwiami pojawiła się głęboka zmarszczka.

I nagle uświadomiła sobie, że całe życie żyła nie tak, jak chciała. Pracy nie znosiła, ale dobrze płacili. Najpierw musiała spłacić kredyt mieszkaniowy. Potem pomagać córce i zięciowi. Dlatego trwała. Męża też dawno nie kochała. Dziesięć lat temu odkryła, że ją zdradza – regularnie i z różnymi kobietami.

Płakała wtedy z upokorzenia, ale przed rozwodem powstrzymywała ją myśl, że stanie się nikomu niepotrzebna. Skoro nawet mąż, który niegdyś klęczał przed nią, prosząc o rękę, stracił zainteresowanie… A przecież uważała się za dobrą żonę. Czystość, domowe obiady, zero awantur. Córkę kochała ponad wszystko, od urodzenia starała się dać jej wszystko, co najlepsze. Rozpieszczała. Często rezygnowała z własnych potrzeb. Teraz córka dzwoniła tylko po to, żeby poprosić o opiekę nad wnukiem albo pożalić się, że zięciowi znowu nie wypłacili premii, a zbliża się zima/wiosna/lato i brakuje przyzwoitych butów/kurtki/płaszcza dla niej/niego/całej rodziny.

I Róża współczuła, przesyłała pieniądze, odsuwając własne zakupy. Oprócz tego w tajemnicy odkładała „na czarną godzinę”, pamiętając ciężkie lata 90.

– Rozwodzę się z tobą. – Zaskoczyła męża, wracając do domu. – I domagam się podziału majątku. Możesz zatrzymać mieszkanie, wypłacając mi moją część. Nie potrzebuję go. Wyjeżdżam. Tobie będzie tu wygodniej. – Uśmiechnęła się, wodząc wzrokiem po pokoju.

– Dokąd? – To było pierwsze, co spytał, przetrawiając wiadomość.

– Podróżować. – Odpowiedziała krótko. – Teraz można wziąć rozwód nawet online. Pomyśl przez kilka dni, a ja tymczasem pojadę do Heleny na działkę. – Dodała, wyciągając walizkę.

– Nic nie rozumiem. – Mąż rzeczywiście wyglądał na zagubionego.

– Powinnam to zrobić dawno. Oboje jeszcze zdążymy być szczęśliwi. – Rzuciła już w drzwiach.

W pracy złożyła wypowiedzenie z urlopem na żądanie, by uniknąć okresu wypowiedzenia. Wycofała oszczędności i zabrała się za przeglądanie ofert biur podróży.

– Mamo, odbierzesz dziś Krzysia? Jesteśmy zmęczeni, chcemy pójść wieczorem do restauracji. – Tego samego dnia zadzwoniła córka.

– Nie. – Odpowiedziała krótko.

– Hmm, dlaczego? – Córka nie przywykła do takich odpowiedzi.

– Mam swoje sprawy.

– Nie możesz ich przełożyć? Rozumiesz, zebrała się ekipa, nie możemy nie pójść. – Głos córki stał się błagalny.

– Wynajmijcie nianię.

– Mamo, to takie drogie! – Oburzyła się.

– Na restaurację znajdziecie, na nianię też. – Róża była nieugięta.

Córka mruknęła coś i rozłączyła się. Róża westchnęła ciężko, ale uznała, że postąpiła słusznie.

Na działce przyjaciółki było spokojnie i przytulnie. Jesień była ciepła i sucha. Wieczorne powietrze pachniało jabłkami i kwiatami. Róża długo siedziała w bujanym fotelu, podkurczywszy nogi. Myślała. Najpierw o tym, że jest okropną egoistką. Potem znów przywoływała staruszka z parku. I przypominała sobie, że całe życie żyła dla innych. Czy teraz, gdy zostało jej tak mało, nie może wreszcie **żyć dla siebie**? W końcu uznała, że postępuje słusznie, i uśmiechnęła się do siebie.

Mąż dzwonił, próbując wyjaśnić sytuację, ale bardziej z konsternacji niż prawdziwej chęci ratowania związku. Róża wiedziała, że dla niego też to od dawna było tylko rutyną. Po trzech dniach ustąpił i zgodził się wypłacić jej należną kwotę w ciągu kilku miesięcy. Była zadowolona. Dwa dni później siedziała w nadmorskiej knajpce. Sezon był w pełni, gości mnóstwo. Obserwowała przechodniów i innych bywalców lokalu, wymyślając dla rozrywki historie ich życia.

– Dobry wieczór. Przepraszam, czy można się dosiąść? – Do stolika podszedł mężczyzna.

– Proszę bardzo. – Róża nie protestowała.

– W taki piękny wieczór grzechem byłoby zostać w pokoju. Chyba wszyscy tak dziś pomyśleli – wolnych stolików prawie nie ma. – Zaśmiał się, przepraszając.

– I słusznie. Róża. – Przedstawiła się, nie kryjąc jak dawniej. Ten wieczór był zbyt przyjemny, by spędzać go w samotności.

– Witold. – Odpowiedział. – Jestem pisarzem i zwykle wieczorami dopada mnie natchnienie, więc większość pięknych chwil przegapiłem. Dziś nawet cieszę się, że nic mi nie przychodzi do głowy i wyszedłem na powietrze. – Dodał, sugerując, że spotkanie z Różą poprawiło mu humor.

– Ciekawe. O czym pan pisze?

– Historie o ludziach. Dla ludzi. – Rozłożył ręce.

– Znam kilka ciekawych. Na przykład ta para… – Róża wskazała na młodych ludzi przy sąsiednim stoliku, którzy szeptali sobie coś, trzymając się za ręce. – Wie pan, o czym rozmawiają? – I opowiedziała historię, którą przed chwilą wymyśliła. On – początkujący malarz bez grosza przy duszy. Ona – córka potentata, który oczywiście nie akceptuje ich związku. Ale miłość zwyciężyła. Dziewczyna uciekła z ukochanym. Dziś jest ich pierwszy wspólny wieczór w wolności. Ona wierzy w jego talent. On przysięga, że dla niej zejdzie nawet do piekła, by namalować prawdziwe oblicze diabła.

– Znacie się? – Witold spojrzał na parę z zaciekawieniem.

– Nie. – Róża się uśmiechnęła. – Wymyśliłam to przed chwilą. Myśli pan, że zostałabym pisarką?

– Fabuła trochę oklepana, ale wiecznie aktualna. Gdyby jednak ten malarz naprawdę namalował diabła, oszalał i zyskał sławę – byłoby ciekawiej. – Witold włączył się w zabawę. – A co pani powie o tamtej grupie? – Wskazał na stolik, przy którym siedziały dwie kobiety i dwóch mężczyzn. Trójka żywo dyskutowała, czwarta osoba wpatrywała się w morze z obojętnym wyrazem twarzy.

– Och, tutaj sprawa jest oczywista… – Róża przymrużyła oko i zaczęła snuć kolejną opowieść.

——-

– Różyczko, podoba ci się? – Witold nerwowo spoglądał to na nią, to na niewielki dom opleciony dzikim winem. – Ogród trochę zaniedbany, ale ogólnie niezły. Co myślisz?

– Jest uroczy. – Przyznała, ale w jej głosie przebijał smutek.

– Coś nie tak? – Objął ją ramieniem.

– Wszystko w porządku. Przepraszam, po prostu jestem zmęczona. – Próbowała się uśmiechnąć.

Minęły prawie dwa miesiące od tamtego wieczoru. Witold zakochał się w Róży od pierwszego wejrzenia – jak mówił, „jak smarkacz”. Ona też czuła coś głębokiego, ale bała się. Najbardziej przerażała ją choroba, uciekający czas i to, że nic mu nie powiedziała. Witold zaproponował, by zostali tu, nad morzem.

– Ja mogę pisać wszędzie, a ty będziesz moją muzą. – Wyobrażał już sobie ich wspólne życie w przytulnym domku.

– Świetny pomysł. Nauczę się pielęgnować ogród i piec twoje ulubione dyniowe ciasta. – Pocałowała go delikatnie w policzek. Odganiała straszne myśli. *Niech się dzieje, co chce. Nic mu nie powiem.*

Przeprowadzili się i byli szczęśliwi. Rankami pili kawę przy oknie, wieczorami spacerowali brzegiem morza. Aby nie przeszkadzać Witoldowi w pracy, Róża postanowiła znaleźć sobie zajęcie. Została wolontariuszką w fundacji charytatywnej. Lubiła pomagać ludziom. Minął kolejny miesiąc, potem następny. Róża cały czas czekała, aż nadejdzie osłabienie, ból – ale czuła się coraz lepiej. Regularnie dzwoniła do córki. Ta początkowo przyjęła jej decyzję z niedowierzaniem i gniewem, ale z czasem złagodniała. Nawet obiecała wysłać wnuka na wakacje do babci.

Mąż wypłacił jej należność i mimochodem wspomniał, że planuje ponowny ślub. Róża odpowiedziała, że bardzo się cieszy. I mówiła szczerze.

– Róża Marianna? Tu Bogusław Leszczyński. – Poranny dzwonek wyrwał ją ze snu.

– Słucham. – Odpowiedziała z napięciem.

– Róża Marianno, strasznie mi przykro, popełniliśmy okropny błąd! – Głos lekarza drżał. – W laboratorium pomylili wyniki. To nie były pani badania.

– To co mi było? Przecież źle się czułam. – Spytała zdezorientowana.

– Nic poważnego. Zmęczenie, stres, takie rzeczy. Bardzo przepraszam.

– A ja wcale. – Róża spojrzała na śpiącego Witolda. – Dziękuję. – Rozłączyła się i poszła do kuchni przygotować śniadanie. Była szczęśliwa.

Rate article
Fajna Tajna
Życie Dla Siebie