W styczniu pani Nowakowską odwiedziła menopauza. Początkowo nie sprawiała większych kłopotów – brak uderzeń gorąca, potów, migren. Po prostu zniknęły miesiączki. Witaj, starości!
Do lekarza nie poszła. Czytała przecież artykuły, koleżanki opowiadały: „Tobie, Wandziu, los sprzył! Przechodzisz klimakterium jak przez różany ogród!”
Jakby urok rzuciły. Wkrótce zaczęły się dziwne dolegliwości: huśtawki nastrojów, zawroty głowy, obrzęki twarzy o świcie. Coraz trudniej było schylić się do wnuczki Zosi, która jesienią miała iść do szkoły. Synowe pierwsze zauważyły zmianę: „Mamo, wyglądacie jak widmo! Trzeba zrobić USG!”
Wanda milczała. Ból piersi, który parzył jak żar, nocne łzy wylewane w poduszkę… Tyle planów! Z mężem Januszem szukali domku nad Jeziorem Mazurskim. Synowie – Krzysztof i Marek – świetnie zarabiali. Synowe pomagały dobierać sukienki, by ukryć tusze. A Zosia? Złote dziecko! Uczyła się łyżwiarstwa, wiązała szaliki na drutach.
Życie przecież dopiero się zaczynało! A tu…
Jesienią stan się pogorszył. Duszności, bóle krzyża. W końcu rodzina zawiozła ją do przychodni. Lekarka, badając Wandę, marszczyła brwi. Telefon do onkologii: „Pacjentka w ciężkim stanie! Macica niewyczuwalna!”
W samochodzie panowała cisza. Janusz szlochał, synowie zaciskali kierownicę. W recepcji szpitala asystentka krzyknęła: „Kto z Pasternak? Ojciec niech się zgłosi!”
Janusz, blady, wyszeptał: „To ja…”.
Na sali porodowej profesor żartował: „Za co cierpimy?” Młoda rodząca warknęła: „Za wódkę!” Wanda szepnęła: „Za miłość… Urodziny świętowaliśmy…”.
„Chłopiec, 3500 złotych wagi!” – ogłosiła położna. Rodzina oniemiała. „Dziadek bohater!” – zaśmiała się pielęgniarka, patrząc na zszokowanego Janusza.
Wanda, tuląc synka, myślała o nowym życiu. Domek nad jeziorem będzie teraz pełen śmiechu. A Zosia? Będzie miała towarzysza psot. Menopauza? Może jednak różany ogród…



