Witam! Chciałbym zapytać o pokój!

– Dzień dobry! Dzwonię w sprawie ogłoszenia o pokoju!

Na progu mieszkania Zofii stała prawdziwa “szara myszka”: ubrana w wytarte dżinsy, spraną koszulkę, na nogach miała mocno znoszone tenisówki, a w rękach trzymała dość podniszczoną torbę. Jasne, falowane włosy związane były w prosty koński ogon, a na twarzy ani grama makijażu. Tylko oczy przyciągały uwagę – ogromne, niebieskie i wyraziste.

Zofia, przyjrzawszy się dziewczynie, skinęła głową: „Wejdź!” – Więc tak, moja droga, prąd nie marnować, wody nie lać, oszczędzać, rozumiesz?! I żeby było czysto! Żadnych gości! Są pytania?
Dziewczyna uśmiechnęła się i przytaknęła głową: „Tak, dobrze!”

– Uległa – pomyślała Zofia – Rzadko się zdarza w dzisiejszych czasach… Od razu widać, że ze wsi przyjechała.
Z dalszej rozmowy wynikło, że dziewczyna nazywa się Elżbieta i rzeczywiście przyjechała z wioski, gdzie jej rodzina prowadzi gospodarstwo, a ona sama przyjechała studiować weterynarię.
– Aha! Będziesz leczyć świnie! – podsumowała Zofia.
Elżbieta nawet nie okazała urazy, tylko się uśmiechnęła: – I świnie, i krowy, i konie, a także koty i psy – wszystkich! Zwierzęta też chorują.
– No racja, ludzie nie mają tu lekarza, ale świnie – proszę bardzo! – oburzyła się szczerze Zofia.

***
Ogólnie lokatorka zrobiła na Zofii dobre wrażenie: skromna, spokojna, cicha, posłuszna, schludna, porządek w mieszkaniu utrzyma, jedzenie sobie ugotuje, a do tego jeszcze gospodynię poczęstuje.
Szczególnie dobrze Elżbiecie wychodziły naleśniki: apetyczne, cienkie jak papier, z dziurkami i rumiane. Ręka Zofii sama sięgała po taki przysmak! Te naleśniki były po prostu cudem kulinarnym: topiły się w ustach, nie zdążywszy dolecieć do żołądka.
Zofia i Elżbieta można powiedzieć nawet się zaprzyjaźniły i czasem spędzały wieczory przy filiżance herbaty.

I wszystko pewnie by się dobrze potoczyło, a Elżbieta spokojnie skończyłaby swoje studia, mieszkając w wynajętym mieszkaniu u Zofii. Ale wtedy, po półrocznej zmianie, z północy wrócił syn Zofii – Michał. Silny młody mężczyzna, można nawet powiedzieć – przystojny („cały ojciec” – westchnęła Zofia).
Zosia lubiła nazywać syna po francusku “Miszel”. Sam młody człowiek krzywił się na to jak na ból zęba, ale znosił: „w końcu to mama”.

Trzeba powiedzieć, że wychowywała syna sama i, jak się zdaje, z tego powodu uważała go za swoją własność.
Prawdopodobnie dlatego fakt, że jej Miszel miło rozmawia z lokatorką w kuchni i z apetytem zjada jej naleśniki, wprawił Zofię w stan szoku. I dobrze by było, gdyby tylko naleśniki! Ten „niedojda” jeszcze wodził wzrokiem za tą „dojarką”. Zofia od tego odkrycia aż posiwiała na miejscu.
– Mój syn nie ma w ogóle gustu! – straszna myśl przemknęła przez głowę zaniepokojonej matki.

***
Od tego momentu Zofia zaczęła nienawidzić swoją lokatorkę: i podłogi czyściła nie tak, i mówiła nie tak, a nawet naleśniki już nie wydawały się takie smaczne. A najbardziej Zofię przerażało to zakochane spojrzenie, którym jej syn, jej krew, patrzył na tę „bladą pokrakę”, „swojską dziewuchę z obory”…
– Na mnie, swoją matkę, jedyną bliską osobę, nigdy tak nie patrzył! – oburzona myślała Zofia, po nocach dusząc się łzami w poduszkę.
– Żmiję, żmiję w piersi grzałam! – płakała do telefonu, dzieląc się swoim nieszczęściem z przyjaciółką – równie samotną kobietą w jej wieku, Haliną.
– Myślałam, że na tę bladą pokrakę Miszel nawet nie spojrzy! Dlatego ją wpuściłam do domu! A ona oczka zrobiła, włosy rozpuściła i naleśnikami go zwabia!
Halina wysłuchała przyjaciółki, współczuła jej i wyraziła swoje zdanie:
– Oj, uważaj, Zosiu, żeby ona twojego syna nie zaczarowała! Tymi słowami Halina dolała oliwy do ognia nienawiści i niezrozumienia, co niemal doprowadziło przyjaciółkę do zawału serca.

Nie to, żeby Zofia wierzyła w takie rzeczy jak czary czy uroki… nazywała to „mroczną przeszłością i głupotą”, jednak sama myśl, że obca kobieta zdobyła uwagę syna, doprowadzała ją do szaleństwa.
Całymi dniami teraz łamała sobie głowę, myśląc, co zrobić i jak odwieść syna od tej “wieśniaczki”. Ale oczywiście nie zamierzała pokazywać się jako chamka i wyrzucać dziewczyny za drzwi. W każdym razie wtedy. Bo wtedy upadłaby w oczach syna i jeszcze nie daj Boże odszedłby od niej.
– Nieee! Trzeba działać sprytnie, trzeba jakoś wystawić tę dziewuchę w złym świetle, żeby syn się od niej odwrócił.

***
Zofia kilka dni z rzędu rozmyślała, jak odwieść syna od lokatorki. Ta chodziła sobie jak gdyby nigdy nic, piekła swoje naleśniki, gotowała zupy i udawała, że nie zauważa przeszywającego spojrzenia Zofii. Raz tylko się zapytała:
– Pani Zofio, czy nie jest Pani chora? Wygląda Pani na smutną i bladą… I nic Pani nie je…
– Wszystko w porządku! – mruknęła Zofia pod nosem i zniknęła w swoim pokoju, by przemyśleć dalszy plan unicestwienia “natrętki”. W głowie przelatywało wtedy wszystko… Nawet myśl o zatruciu nieproszonej gościnie. Ale Zofia natychmiast się przeżegnała: – Przebacz, Boże! Jaki to grzech mi do głowy przyszedł.
Podczas gdy Zofia myślała, Michał pewnego dnia przyszedł do domu z pierścionkiem i kwiatami, i oświadczył się Elżbiecie! Z tego Zofia całkowicie straciła kontrolę nad sobą i, jak to się mówi, „wyleciała z toru”.

– Nawet przy matce się nie powstrzymał, łobuz! – znowu płakała całą noc w poduszkę – Nie liczy się ze mną! Kocha tylko tę dziewuchę!
Zofia z gniewem otarła łzy i podeszła do okna… obróciła się, nagle jej spojrzenie padło na nocny stolik. Tam leżały jej kolczyki z szmaragdami. Kolczyki stare, wartościowe. Odziedziczyła je po matce, a ta po swojej matce… Przypomniała sobie, z jakim zachwytem Elżbieta zawsze patrzyła na kolczyki i podziwiała ich piękno.
– No ja ci pokażę! – złośliwie wysyczała Zofia, zdecydowanie chwyciła kolczyki, zawinęła je w chustkę i schowała do torebki.
Prawdę mówiąc, wtedy w ogóle nie wiedziała, co robi i jak zamierza dalej postępować.

***
Rano Zofia obudziła się w dobrym nastroju, dziś zamierzała wyrzucić tę dziewczynę z domu. Na zawsze.
Wyszła na śniadanie, sztucznie się uśmiechając… i smarując chleb masłem, zwróciła się do syna: – Miszel, przypadkiem nie brałeś moich kolczyków z szmaragdami, jakoś nie mogę ich znaleźć…
– Mamo, po co mi one? Czy ja jakaś dziewczyna? – zdziwił się Michał.
Wtedy Zofia z uśmieszkiem odwróciła się do Elżbiety: – A ty nie widziałaś moich kolczyków?
Elżbieta mocno się zaczerwieniła, samą myśl o tym, że mogliby ją oskarżyć o kradzież, sprawiała, że spuszczała wzrok i płakała.
– Niczego nie brałam! – powiedziała cicho, dławiąc się łzami.
– A nie mówiłam?! To ona! Zabierała moje kolczyki i wysłała je swoim biednym krewnym na wieś…

– Ale moi krewni wcale nie są biedni – zaprotestowała dziewczyna – I nigdy nie braliśmy czegoś, co do nas nie należy! Dlaczego Pani tak mówi?
– To ty dlaczego tak robisz? Natychmiast oddaj mi moje kolczyki i wynoś się stąd.
– Nie mam niczego Twojego… Możesz nawet policję wezwać!
– Co z tego zrobić, oni już dawno u twojej rodziny!
Zofia całkowicie straciła kontrolę nad sobą i zrywając się, jak w przepaść spadała coraz niżej i niżej, nie będąc w stanie powstrzymać potoku obrzydliwych słów pod adresem dziewczyny.
– Mamo, co ty wygadujesz? Liza nie mogłaby tego zrobić! Ty pewnie po prostu zapomniałaś i sama gdzieś odłożyłaś.
Wszyscy troje dokładnie przeszukali mieszkanie, aż Michał przypadkiem natknął się na torebkę mamy i z niej wypadła chustka z kolczykami.

Mężczyzna zamarł z odkryciem w rękach.
– Jak mogłaś, mamo? – tylko tyle mógł powiedzieć, patrząc na matkę zawiedzionym wzrokiem.
– Po prostu się pomyliłam, synu, rozumiesz, zapomniałam! – próbowała skłamać Zofia.
– Mamo, widziałem wszystko! Byłaś odrażająca! My z Liza się wyprowadzamy do wynajętego mieszkania – oznajmił Michał.
– Czekaj, jeszcze pożałujesz z tą dziewuchą! – krzyknęła Zofia przez łzy.
Michał wyszedł z pokoju bez słowa, wziął Elżbietę za rękę i wyprowadził ją z domu Zofii.
Wynajęli mieszkanie, pobrali się i byli naprawdę szczęśliwi we dwoje, aż pewnego dnia Michał dostał telefon od Haliny.

– Michał, twoja mama jest w szpitalu! Miała zawał. Płacze i chce cię widzieć…
Elżbieta, dowiedziawszy się, że teściowa jest chora, od razu zaczęła się pakować, zrobiła kotleciki na parze, ugotowała rosół z pierogami, po drodze kupiła owoce…
Michał do matki nie poszedł, tłumacząc się zajęciem.
***
Gdy Elżbieta pojawiła się na progu sali szpitalnej, Zofia zapłakała. Tak bardzo liczyła, że syn przyjdzie, a przyszła ta niemile widziana dziewczyna, która zrujnowała jej życie, zabrała co najcenniejsze.
– No, czemu Pani zachorowała, mamo? Proszę, zjedz coś, to rosół, pierogi… – mówiła Elżbieta. – Czy podać ci na łyżeczce, póki ciepłe?
– A Miszel dlaczego nie przyszedł? – zapytała Zofia cicho, z rozczarowaniem.
– Misha jest bardzo zajęty w pracy…

Zofia zrozumiała i zapłakała…
– Wybacz mi, Elżbietko, jestem ci tak winna… Wróćcie do domu, jest mi bez was bardzo źle…
– Co Ty mówisz, mamo, w niczym nie jesteś winna, po prostu się pomyliłaś, zapomniałaś i się zdenerwowałaś! Wszystko będzie dobrze.
Kiedy Elżbieta wyszła, sąsiadka z sali szpitalnej powiedziała Zofii: – Dobra masz córkę! Piękna, dobra, troskliwa!
Zofia się uśmiechnęła – Tak, dobra!
Kiedy Zofia wyzdrowiała, ze szpitala odbierali ją Michał z Elżbietą razem. Oni tak i mieszkali we trójkę w mieszkaniu Zofii, póki Elżbieta nie skończyła studiów. A potem wszyscy razem wyjechali na farmę, do rodziców Elżbiety. Dom jest tam ogromny, jest dużo miejsca… no i dodatkowe ręce do pracy się przydadzą.
Zofii tak się spodobało na farmie, że teraz nawet nie chce słyszeć o mieście. Tym bardziej że młodym urodził się syn, Aleksander, którego wszyscy uwielbiają. Gdy rodzice Elżbiety zajmują się gospodarstwem, Elżbieta leczy zwierzęta, a Michał zarządza sklepem rolniczym, Zofia całe swoje serce oddaje małemu Sashkowi.

Teraz często można ją usłyszeć:
– Taką lokatorkę to mi Bóg zesłał!
Ot, jak to w życiu bywa!

Rate article
Fajna Tajna
Witam! Chciałbym zapytać o pokój!