Dlaczego postanowiła pomóc starszej pani z ciężką torbą?

Przez co właściwie Lena postanowiła pomóc biednej staruszce z ogromnym pakunkiem? Nie dość, że jego uchwyty się oderwały, to jeszcze pod lawiną przekleństw zbierała z chodnika prawie zepsute produkty, które szanowna pani prawdopodobnie zgromadziła w pobliskim koszu na śmieci. Przez to Lena spóźniła się do pracy.

A wszystko to przez jej nadmierne współczucie. Nie mogła po prostu przejść obok. Leży ktoś na ławce i prawie nie daje oznak życia. Lena biegnie, by go ratować, a co jeśli coś poważnego mu się stało? I nawet intensywny zapach alkoholu nie powstrzymał jej od wezwania służb ratunkowych. A na końcu? Ratownicy krzyczą, że on po prostu jest doszczętnie pijany i po co było ich wzywać. Policja prowadzi tego mężczyznę, który ledwo czołga nogi, do aresztu. I oni też z ukosa spoglądają. Czy im to potrzebne? Wytrzeźwieje, to sam z tej ławki się ruszy.

Lena jest naprawdę dobra. Chociaż za plecami nazywają ją nienormalną i stukają palcem po skroni. Oddała mieszkanie ojczymowi po tym, jak jej mama odeszła z tego świata. A przecież to właśnie przez niego. On nie pracował, a mama oprócz głównej pracy jeszcze sprzątała klatki schodowe. I tam się nadwyrężyła. Ale Lenie było go żal. Mężczyzna niemłody, raczej nie znajdzie sobie mieszkania. A ona co? Młoda jeszcze, zarobi. Siłą sąsiedzi przekonywali ją, by się nie wymeldowywała i akt darowizny robiła.

Lena postanowiła przenieść się do miasta… Tam czekała praca i można było wynająć mieszkanie. Oszczędności wystarczyły na pokój w mieszkaniach wspólnych. Najpierw myła podłogi w supermarkecie, ale pensja wystarczała tylko na opłacenie pokoju. Choć były też plusy. Przy dzieleniu przeterminowanego jedzenia zostawało jej trochę. Nie głodowała więc. Ale ubranie. Ono przecież nie jest wieczne. Ile byś nie prał, zużywa się w błyskawicznym tempie. A o obuwiu już nie mówiąc. Tylko klej kupować zdążaj.

Postanowiła zostać gosposią. Ale zero doświadczenia, więc jej nie zatrudnili. Dopóki w jednej firmie, w której płacono z opóźnieniami i traktowano personel beznadziejnie, jej łaskawie przyjęto na okres próbny.

Pierwszą klientką była babcia aniołek o dowodczym głosie. – Herbata gorąca, źle zaparzona, łazienka źle umyta, naczynia tłuste… Tak zaczęła się jej kariera zawodowa. Ale Lena jest Lena. Każdy błąd przepraszała i poprawiała całą pracę, zamiast po prostu trzasnąć drzwiami. Bo w większości przypadków, kto korzysta z usług zewnętrznych osób? Znudzone emerytki, które muszą się pozbyć swego negatywu na innych.

Właśnie do takich wysyłano niedoświadczoną Lenę i bardzo się dziwili, czemu po jej wyjściu nie dzwoniono z reklamacjami.

A tego dnia, gdy się spóźniła, nawet jej nie zganili. W trybie pilnym odesłano ją do leżącej kobiety. Rzecz w tym, że pracownica, która do niej chodziła, złożyła wymówienie. Lena przybyła i oniemiała. Cóż to za bezczelność ludzi. Jeśli kobieta nie może wstać i zobaczyć, jak wygląda jej mieszkanie po sprzątaniu, to można wszystko?

Pani Zofia była zdziwiona, gdy Lena delikatnie zmieniła jej brudną pościel. Przebrała ją w czystą koszulę i opatryszyła niewielką odleżynę. A potem leżała i uśmiechała się, słysząc, jak dziewczyna hałasuje naczyniami, biega tam i z powrotem, to ze szmatą, to z odkurzaczem. Dopiero gdy wszystko lśniło, a po mieszkaniu roznosił się zapach czegoś smacznego, uspokoiła się. Przyniosła pani Zofii na specjalnej tacy soczystą zupę z kluseczkami i kubek aromatycznej herbaty.

– Pomyślałam, kiedy wyrzucałam śmieci, że domowa zupa nie zaszkodzi wam zjeść. A tam w lodówce tylko opakowania po gotowych daniach. Jedzcie, potem umyję talerz i pójdę. Na dziś pracy więcej nie ma.

Zofia z przyjemnością zjadła zupę i poprosiła Lenę, by posiedziała z nią. Chciała się dowiedzieć, skąd taka żywna dziewczyna się wzięła i jakie ma plany na przyszłość. Po prostu też chciała porozmawiać. Przecież poprzednia opiekunka, Iza, wpadała na pół godziny, wtykała jej rozmrożone kotlety z dodatkiem i dalej biegała.

Lena bez skrępowania opisała swoje życie.

– To przecież trudne, codziennie sprzątać cudze mieszkania i, jak się domyślam, znosić różne przycinki. Czy naprawdę o tym zawsze marzyłaś? – zapytała Zofia.

– Oj, pani Zofio, o czym ja tylko nie marzyłam. I o byciu śpiewaczką i baletnicą. Ale głosu brak, nogi za krótkie. Na żaden kurs mnie nie przyjęli. Kiedy mama chorowała, chciałam zostać lekarzem i leczyć wszystkich. Ale widać nie los mi chciał. Ledwie dziewięć klas skończyłam, bo musiałam jednocześnie pracować. W kiosku u pana Adama. On mnie chwalił. Nawet premię czasem dawał. Bo pilnowałam czystości na straganie, owoce przyjmowałam tylko dobre. Bo byli tacy sprytni dostawcy, co chcieli wciskać nam zepsute. A teraz to nawet nie mam czasu marzyć. Biegam jak wiewiórka w kółku. W pracy haruję, po powrocie w komunie znowu brudny korytarz, nieczyszczona toaleta, papieru znów zero. Sprzątam wszystko i prosto do spania. Raz, nie uwierzycie, zasnęłam w toalecie ze szczotką w ręku – śmiała się pogodnie.

Zofia uśmiechnęła się z sympatią. Polubiła tę wesołą i niepoprawną dziewczynę.

– A chcesz pracować tylko u mnie, z twoim szefostwem się dogadam. Bo różni opiekunowie mi się trafiali. Jedni kradli, drudzy cicho i z pośpiechem robili swoją pracę i w nogi do swoich rodzin. Od samego początku, jak zasłabłam, wzięłam dziewczynę z zamieszkaniem. Na początku była niczym. A jak się oswoiła, cuda zaczęła wyprawiać. To nocą do klubu uciekać, zabawić się. A mi lekarstwo na godziny trzeba brać. Przyjdzie zaspana, z alkoholem na ustach, poda mi szklankę z wodą i tabletką, i mówi: “Śpię. Jak się obudzę, wszystko przygotuję”.

Tolerowałam miesiąc, ale potem powiedziałam jej, że jeśli dalej będzie tak robić, wyleci na cztery wiatry. To ona inny sposób znalazła. Zaczęła mężczyzn sprowadzać pod swój dach. Myślała, że skoro leżę, to i głucha jestem. Pożegnałam się więc z nią. Zaczęłam szukać przez różne agencje. By przyjrzeć się i wybrać w końcu właściwą opiekunkę. Po tej niedbaluchen Isie ostatni raz poprosiłam o pomoc w twojej agencji. Myślę, jeśli taka sama przybędzie, poszukam gdzie indziej. Ale nie zrozum mnie źle, nie jestem osamotniona. Mam syna, wnuka. Ale mieszkają za granicą, niestety. Tam mają stabilną pracę. Bardzo mnie wspierają finansowo. Przyjeżdżają, ale rzadko. A leżę już pięć lat. Upadłam na śliskich schodach. Leczyłam się długo. Lekarze obiecali, że i siedzieć będę mogła. Ale los inny widać. No to co, zgadzasz się, by do mnie się przeprowadzić? – uśmiechnęła się Zofia.

– Oczywiście. Pomoc jest Wam potrzebna. Patrzcie, ile pracy czeka. Firanki nie wyprane, okna nieumyte, kurz pod meblami się nagromadził – zaczęła wymieniać Lena.

– No, przestań już, Kopciuszku. Dziś cię zatrudniam. Leć do swojej komuny, zbieraj rzeczy i do mnie. Zamieszkać będziesz w sąsiednim pokoju. A ja tymczasem zadzwonię do twojego szefa – zaśmiała się Zofia.

Lena pobiegła, a Zofia zaczęła dzwonić do agencji. Rozmowa była niemiła, tam bezczelnie podniesiono cenę, twierdząc, że Lena to ich najlepszy pracownik. Zofia przypomniała sobie rozmowę z dziewczyną i zaczęła się śmiać.

– I dlaczego najlepszemu pracownikowi płaciliście grosze i wysyłaliście do najbardziej kapryśnych i wybrednych klientów. Dobra, dość gadania. Ona jutro napisz e rezygnację. Płacić będę jej sama. I nawet nie wspominajcie o dwutygodniowym wypowiedzeniu. A to ja na was nasyłam kontrolę. Mam znajomości – i odłożyła słuchawkę.

Tak Lena zamieszkała u Zofii. Teraz każdego rana na śniadanie były naleśniki, serniczki, racuchy. Każdego poranka obowiązkowe mycie, przecieranie, czyszczenie zębów. Rozmawiając i opowiadając coś wesołego, Lena żartobliwie radziła sobie ze wszystkim. Okna były umyte na błysk. Brud spod mebli zniknął. I choć było już schludnie i przygotowane, Lena wszystko jeszcze nie mogła się uspokoić. Pobiegła do biblioteki, przytaszczyła stos czasopism, książek.

– Po co ci to? – śmiała się Zofia.

– To dla was. A może tam jakieś są ćwiczenia, które pomogą Wam przynajmniej siedzieć. Potem kupimy wózek inwalidzki i będę was wywozić na dwór. W czterech ścianach, co za radość. A tam świeże powietrze, śpiewają ptaki – rozmarzyła się Lena.

Zofia rozkleiła się.

– Leno, lekarze nawet mi nie pomogli, a Ty o jakiś ćwiczeniach mówisz. Nie dręcz mnie. Wiem, że chcesz najlepiej, ale już nic mi nie jest w stanie pomóc.

Ale Zofia nie znała jeszcze dobrze Leny. Ta codziennie przychodziła do niej do pokoju. Siadała w fotelu i przeglądała czasopisma i książki. Po cichu, poruszając tylko wargami, czytała. Podkreślała ołówkiem ciekawe miejsca.

I Zofia nie wytrzymała.

– No co tam znalazłaś? Pokaż w końcu.

Lena z radością zeskoczyła z fotela, wyciągnęła jeden magazyn ze stosu i podała go Zofii.

– Znalazłam proste ćwiczenia. Tylko trzeba je regularnie wykonywać i kilka razy dziennie. Ale nie martwcie się, wszystko mam pod kontrolą. Jeśli tylko się zgodzicie?

Zofia westchnęła.

– I tak mnie nie zostawisz w spokoju?

Lena pokręciła głową.

– No to spróbujmy.

To była żmudna praca. Zofia to płakała, to się śmiała. Groziła Lenie zwolnieniem i wyrzuceniem. Ale stopniowo przyzwyczajała się. Ćwiczenia stawały się poważniejsze, ale efektów prawie nie było.

Dopóki pewnej nocy Zofia nie zawołała:

– Leno, chodź tutaj!

Ta przerażona wyskoczyła z pokoju i podbiegła do Zofii.

– Gdzie boli? Co boli? Gdzie telefon?

Zofia skarciła ją.

– Czego się przestraszyłaś? Patrz lepiej tutaj. Duży palec u nogi się porusza.

Lena wykrzyknęła:

– Hurra! – i nagle przypomniała sobie, że jeszcze noc.

– Czy zachował się numer do lekarza? Zadzwońmy do niego rano, niech przyjedzie i spojrzy – i zaczęła tańczyć po pokoju.

Lekarz przyjechał. Niecierpliwą Lenę odesłano do jej pokoju, by nie przeszkadzała. Potem ją jednak zawołano.

– Jesteś dobra, dziewczyno – z nutą podziwu powiedział lekarz. – Możemy zrobić jeszcze jedną operację. Podejmiemy ryzyko, Zofio?

Ta rozpromieniła się.

– Jasne, panie doktorze.

Cały czas Lena siedziała na korytarzu. Czekała. Nadziei trzymała się jak ptak gałęzi. Ale z przyzwyczajenia pomagała wszędzie tam, gdzie ktoś potrzebował. Ktoś zgubił laskę, podała. Pomogła pielęgniarce donieść lekarstwa w pudełkach do miejsca docelowego.

Kiedy wyszedł lekarz, z nadzieją spytała:

– Jak poszło?

Zdjął czapeczkę chirurgiczną.

– Tylko czas pokaże. Ale rehabilitacja będzie długa. Pacjentka nie jest już młoda.

Lena zawołała:

– Będę zdmuchiwać pyłki! Bardzo dziękuję. Mogę pana pocałować?

– Proszę bardzo – pozwolił lekarz.

Wspięła się na palcach i cmoknęła go w zarost na policzku.

Gdy Zofia w specjalnym gorsecie po raz pierwszy siadła na wózku inwalidzkim, przytuliły się i razem popłakały z radości.

A gdy przyjechał syn z wnukiem, Zofia po prostu rozkwitła.

– Teraz, mamo, możemy cię zabrać do nas – zadeklarował syn.

Zabrzmiał łoskot. To Lena upuściła talerz z ciastkami.

– Jak? Po co? – zapytała zmartwionie Lena i pobiegła do swojego pokoju, by się wypłakać.

Zofia z wyrzutem popatrzyła na syna.

– Jaki ty jesteś nie taktowny, Serko. Lena, przestań wyć. Chodź tutaj.

Lena zjawiła się po piętnastu minutach. Z torbą.

– Mam teraz wyjść czy najpierw posprzątać rozbite naczynia? – ponuro zapytała, pociągając nosem.

– Siadaj! – rozkazała jej Zofia. – Rozbeczała się jeszcze. I rzeczy nie czas na razie pakować. Musisz jeszcze papiery uporządkować. Ty moja głuptasku, gdzie ja bez Ciebie? Pojedziesz z nami. Trochę pobędziemy i wrócimy.

Lena wyszła za mąż. Nie, nie za wnuka Zofii. Za nowego sąsiada, który przeniósł się do mieszkania obok Zofii. Patrzył, jak Lena nie mogła otworzyć zaciętego zamka. Podszedł i pomógł. Doradził, by zmienić na nowy, bo ten stary już nie do użytku. Tak się poznali.

Zofia jest zadowolona. Nie dość, że była najważniejszym gościem na ślubie Leny i miała powodzenie wśród mężczyzn, mimo wózka. To jeszcze Lena po roku dała jej wnuczkę, choć nie biologiczną. Mąż Leny, Michał, często wozi ich wszystkich na działkę. Gdzie piją świeże mleko prosto od krowy i delektują się jagodami prosto z grządek. W końcu Lena nie potrafi siedzieć bezczynne. Co to za działka? Kiedy na stole brak owoców i warzyw.

Rate article
Fajna Tajna
Dlaczego postanowiła pomóc starszej pani z ciężką torbą?