Tak się złożyło, że Szymona wychowywała babcia. Mimo że jego mama żyła. Trzeba przyznać, że mama była naprawdę wspaniała – piękna i dobra. Ale jako śpiewaczka w filharmonii często była w rozjazdach, przez co rzadko bywała w domu. Z tego powodu rozstała się z ojcem Szymona, dlatego wychowaniem chłopca zajmowała się babcia.
Odkąd Szymon pamiętał, zbliżając się do swojego bloku – starej, peerelowskiej kamienicy – zawsze spoglądał w górę, by dostrzec w oknie na czwartym piętrze sylwetkę ukochanej babci, czekającej na jego powrót. Gdy odprowadzała go na zewnątrz, machała mu na pożegnanie, a on zawsze odwzajemniał ten gest.
Gdy Szymon skończył dwadzieścia pięć lat, babcia odeszła. Przy każdej wizycie w domu, brak jej sylwetki w oknie sprawiał, że chłopak czuł się niezwykle smutny i pusty. Nawet obecność matki nie wypełniała tej pustki. Stracił z nią umiejętność szczerej rozmowy. Nie mieli wspólnych tematów, a codzienne problemy zdawali się ignorować, jakby byli obcymi.
Kilka miesięcy po śmierci babci Szymon zdecydował się przeprowadzić do innego miasta. Miał dobrą specjalizację, był informatykiem, a tacy specjaliści byli wszędzie poszukiwani. Przez internet znalazł atrakcyjną firmę, która gwarantowała mu wysoką pensję i pokrycie kosztów wynajmu mieszkania. Matka przyjęła jego decyzję z ulgą. W końcu jej syn dorósł i musiał sam znaleźć swoją drogę w świecie.
Zabrał ze sobą tylko ulubioną filiżankę babci – na pamiątkę – oraz trochę ubrań. Wychodząc z domu z walizką na ramieniu, po raz ostatni spojrzał na okno kuchenne, ale nikogo tam nie zobaczył. Matka nawet nie podeszła do okna, by pomachać mu na pożegnanie. Taksówka szybko dowiozła go na dworzec kolejowy, a wkrótce leżał już na górnej pryczy w przedziale pociągu.
Następnego ranka pociąg przybył na stację zgodnie z rozkładem. Szymon odnalazł biuro nowej firmy, zajął się formalnościami, a potem poszedł szukać mieszkania, korzystając z adresów, które wcześniej znalazł w internecie. Przemieszczając się po nieznanym mieście za pomocą nawigacji w telefonie, nagle zauważył blok przypominający jego dawny dom. Wszystkie te budynki wyglądały podobnie, ale ten miał coś swojskiego – wszystkie ramy okienne pomalowane były na ten sam dziwny turkusowy kolor.
Szymon spontanicznie zmienił trasę i wolno podszedł do bloku. Chciał po prostu postać i wspomnieć babcię. Zbliżając się, automatycznie podniósł głowę i spojrzał na okno, za którym powinna znajdować się jego kuchnia. Serce zadrżało, gdy zobaczył tam sylwetkę babci. Rozpoznał ją natychmiast, a serce zaczęło mu walić jak oszalałe.
Rozum podpowiadał mu, że to niemożliwe, więc zamknął oczy, odwrócił się i powoli zaczął odchodzić. Rozsądek mówił, że to tylko wyobraźnia, lecz serce, choć katowało go kłamstwami, krzyczało: „Zatrzymaj się! To ona!”. Posłuchał serca, znów się odwrócił i spojrzał w górę.
Babcia nadal stała przy oknie. Szymon nie wytrzymał. Z walizką rzucił się w stronę bloku, do czwartego piętra. Tak jak w domu, zamek w drzwiach wejściowych był niesprawny, więc w jednym skoku dotarł na swój poziom i nacisnął przycisk dzwonka.
Drzwi otworzyła zaspana dziewczyna w szlafroku, patrząc na niego zdezorientowanym wzrokiem, i niezbyt przyjaźnie zapytała: – Do kogo pan?
– Do babci… – odpowiedział zdezorientowany.
– Babci? – powtórzyła zaskoczona. Po chwili uśmiechnęła się i krzyknęła w głąb mieszkania: – Mamo! Ktoś do ciebie!
Kiedy jej matka nadchodziła, dziewczyna z zaciekawieniem przyglądała się dziwnemu młodemu mężczyźnie. Szymon miał wrażenie, jakby jego serce miało się zatrzymać.
– Kto mnie szuka? – Z zaplecza wyszła zaspana kobieta w szlafroku, mająca około pięćdziesięciu lat.
– Mamo, wyobraź sobie – znów uśmiechnęła się dziewczyna – nazwał cię babcią.
– Pomyłka… – wyszeptał Szymon. – W oknie widziałem… babcię… swoją babcię… byłem pewny.
– Masz coś z głową? – wrzasnęła dziewczyna. – Nie mamy żadnych babć! Mieszkamy tu tylko z mamą! Rozumiesz?
– Przepraszam… pomyliłem się… – wszystko przed oczami zacząło mu się rozmazać, zrobił krok w tył, postawił walizkę na podłodze i przytrzymał się ściany, by nie upaść. – Przepraszam… chwilkę postoję i odejdę…
Dziewczyna zaczęła zamykać drzwi, lecz matka ją powstrzymała.
– Proszę pana – odezwała się zaniepokojona kobieta – jak się pan czuje?
– Dobrze… – skłamał cicho. – Proszę się nie martwić…
– Wydaje się, że ciśnienie ci skoczyło. Czerwony jak burak… No, chodź – podeszła do niego, złapała za rękę i ostrożnie wprowadziła do mieszkania, wydając córce polecenia: – Ania, bierz jego torbę, wnieś ją tutaj! I przynieś ciśnieniomierz z przedpokoju! Szybko!
Córka, wytrzeszczając oczy, zaczęła wykonywać polecenia matki. Kobieta usadziła Szymona na kanapie w przedpokoju i, nic nie mówiąc, zaczęła mierzyć mu ciśnienie. Potem znów zaczęła wydawać instrukcje córce, która z otwartą buzią obserwowała rozwój sytuacji.
– Przynieś moją torbę. Mam tam zastrzyki… – następnie zwróciła się do Szymona. – Podam ci teraz lek i wezwiemy pogotowie…
– Nie trzeba pogotowia! – wystraszony wyszeptał. – Dopiero przyjechałem… nie mam tu nikogo… jeszcze nie wynająłem mieszkania…
– Słuchaj mojej mamy – wtrąciła się Ania. – Moja mama jest lekarką, więc po prostu dobrze ci radzi!
– Skąd pan jest? – zapytała kobieta.
Zamiast odpowiedzi, tylko skinął głową. Następnie jeszcze raz prosił:
– Nie wzywajcie proszę nikogo… Jutro muszę iść do pracy. Pierwszy raz… dopiero co się zatrudniłem…
– Milcz! – już wstrzykiwała mu lek. – Miałeś wcześniej takie incydenty?
– Nie, – wyszeptał.
– Ile masz lat?
– Dwadzieścia pięć…
– Problemy z sercem?
– Naprawdę, jestem całkowicie zdrowy…
– Zdrowy, mówisz? Dlaczego więc ciśnienie skoczyło? Stosjesięć na sto – to nie przelewki…
– Może to przez stres.
– Z jakiego powodu?
– Powiedziałem, w waszym oknie widziałem swoją babcię. Stała tam, w kuchni i patrzyła… na mnie.
– Babcię?
– Tak. Ale ona odeszła. Dwa miesiące temu. Czy u was nie mieszka żadna babcia?
– Oj, jesteś dziwny… – uśmiechnęła się Ania. – Mówiłam ci, że mieszkamy z mamą we dwie. Ale, by cię uspokoić, zaraz pójdę do kuchni i sprawdzę.
Ania rzeczywiście we wesołym nastroju poszła do kuchni, lecz po kilku sekundach przestraszona krzyknęła:
– Mamo! Co to jest?! – Po chwili stała w przedpokoju z nieznaną filiżanką w rękach.- Skąd to, mamo?! Nigdy nie mieliśmy takich filiżanek w domu!
– Ojej… – Szymon głupio się uśmiechnął. – To filiżanka mojej babci. Ale była… Powinna być w mojej walizce. Wziąłem ją z domu na pamiątkę. To jakaś magia…
– A gdzie jest twoja walizka? – Matka z córką patrzyły na niego zdziwione i nie mogły pojąć, co się stało.
– Jak to gdzie? Oto ona… – Wskazał na swoją walizkę stojącą przy drzwiach. – Filiżanka powinna być tam…
Ich troje przewertowało całą zawartość walizki, ale drugiej filiżanki tam nie było.
Ten przypadek pozostaje nadal niewyjaśniony dla całej rodziny. Zwłaszcza dla matki Ani. Bo zaledwie kilka miesięcy później, Szymon został jej zięciem. To rzeczywiście jakaś magia…



