Spacerem do gwiazd

– Kowalska, śniadanie. – Pielęgniarka wjechała do sali z wózkiem. Ania otworzyła oczy i niechętnie odwróciła głowę w stronę drzwi.
– Nie będę. Dziękuję. – Odpowiedziała.

– No, no, no, panienko, trzeba nabierać sił. – Za pielęgniarką do sali wszedł lekarz.
Ania milczała. Pielęgniarka szybko postawiła na stoliku talerz z owsianką i szklankę herbaty. Szepnęła:
– Jedz, no dalej, pan doktor ma rację. – I równie szybko opuściła salę.
– Jak humor? Wiosenny? – Doktor Marek uśmiechnął się.
– Nie powiem. – Odpowiedziała Ania smutno i odwróciła się do okna.

– To dobrze. – Nie zwracając uwagi na ton pacjentki, kontynuował lekarz. – Operacja jest zaplanowana na jutro. – Powiedział już poważnie.
– Szanse się zwiększą? – Zapytała Ania, odwracając się.
– Bez wątpienia. Choć o pełnym powrocie do zdrowia na razie nie ma mowy. – Przyznał doktor Marek.
– Będę mogła chodzić? – Ania naprężyła się.
– Nie chcę dawać fałszywej nadziei… – Po chwili milczenia odpowiedział doktor. – Ale trzeba wykorzystać każdą szansę.
– Rozumiem… – Ania znów odwróciła się. Nie słyszała, jak doktor wyszedł. Nie słyszała też, jak za oknem już wiosennie świergotały ptaki.

Wypadek był straszny. Za kierownicą była przyjaciółka Ani, Ola. Próbując uniknąć czołowego zderzenia, Ola gwałtownie skręciła, auto wpadło w poślizg na śliskiej drodze i nie udało się uniknąć kolizji. Główny uderzenie przypadło na stronę pasażera. Ania odzyskała przytomność dopiero w szpitalu. Jak się później dowiedziała, Ola ucierpiała mniej – złamana ręka, wstrząśnienie mózgu. Ania miała złamane kilka żeber, otwarte złamanie nogi, a co najgorsze, uszkodzony kręgosłup. Prognozy nie były optymistyczne, szanse, że Ania znów będzie chodzić, były znikome. Może ktoś inny cieszyłby się, że w ogóle przeżył, ale dla Ani świat przestał istnieć w jednej chwili. Taniec był dla niej wszystkim: życiem, zarobkiem, inspiracją. Ruch był dla niej tym, czym dla innych powietrze. I co teraz?

Kolejnym ciosem była reakcja Tomka. Byli razem od dwóch lat, a niedawno Tomek oświadczył się Ani. Dwa tygodnie temu, gdy siedział tu, w sali, obok Ani, ona bez słów zrozumiała, że ślubu nie będzie. Kiedy Ania opowiedziała o prognozach lekarzy, Tomek długo siedział w milczeniu, wpatrując się w podłogę, aż w końcu powiedział niepewnie:
– Musisz myśleć pozytywnie. Wszystko się ułoży.

Przez kolejne trzy dni nie przyszedł. Potem przyszła krótka wiadomość: „Przepraszam. Nie dam rady”. Wewnątrz Ani pękła ostatnia nitka nadziei. Nie płakała już, szklanymi, pustymi oczami patrzyła na biały sufit i wyobrażała sobie, że zaraz ten sufit się na nią zawali i wszystko się skończy.

Mama, głaszcząc Anię po ręce, próbowała ją pocieszyć, uśmiechała się, powtarzała, że jeszcze nie wszystko stracone, że trzeba walczyć, że będą walczyć razem. Ale Ania widziała, że oczy mamy są czerwone od łez, które wylewała, wychodząc z sali. Doktor Marek, jej lekarz prowadzący, też ciągle powtarzał, że trzeba walczyć.
– Po co? – Zapytała kiedyś Ania.
– Żeby być szczęśliwą. – Po prostu odpowiedział doktor.

– Już nigdy nie będę szczęśliwa. – Odpowiedziała Ania. Doktor Marek spojrzał na nią uważnie:
– Na pewno będziesz. Ale to zależy bardziej od ciebie niż od innych. Nie mam wielkiego doświadczenia, ale wiesz, spotkałem ludzi, którzy pokonywali to, co wydawało się niemożliwe, zostawiali w szpitalnych salach nawet nieuleczalne choroby, bo chcieli żyć, cieszyć się życiem, być szczęśliwi.
Ania nie odpowiedziała. Nie chciała żyć. Nie chciała żyć tak. I jakie tu może być szczęście? – zapytałaby doktora, ale postanowiła nie kontynuować tej rozmowy. W końcu lekarze pewnie mają taki zwyczaj, by podnosić pacjentów na duchu.

– Nie śpisz? – Doktor Marek delikatnie uchylił drzwi, wpuszczając do ciemnej sali smugę światła.
– Nie śpię. – Odpowiedziała Ania, nawet nie zauważając, że lekarz zwrócił się do niej po imieniu.
– Denerwujesz się? – Zapytał, siadając na krześle przy oknie.
– Nie. – Ania wzruszyła ramionami.
– Możesz sobie wyobrazić, że wypadku nie było. I minęło dziesięć lat. Jak wyglądałoby twoje życie? – Zapytał doktor, patrząc nie na Anię, ale w okno.
– Nie wiem. Może jeszcze bym występowała. A może już nie występowałabym, tylko prowadziła córkę na tańce. – Ania nawet się lekko uśmiechnęła, ale potem przypomniała sobie, że jej ślub się nie odbył. – Wie pan, on mnie zostawił. Od razu, jak się dowiedział, zostawił.
– Kto? – Doktor Marek już znał odpowiedź. – Myślisz, że cię kochał?
– Nie wiem. – Ania znów wzruszyła ramionami. – Może tylko w romantycznych filmach kochają tak, że są gotowi za tobą iść w ogień i w wodę, a w życiu… tylko obiecują gwiazdy z nieba, a w rzeczywistości… – Ania urwała. Doktor Marek też był mężczyzną. I to całkiem przystojnym, jak właśnie sobie uświadomiła. Pewnie ma żonę lub dziewczynę i zupełnie inaczej się do niej odnosi. Na pewno by nie uciekł w takiej sytuacji. Przecież nawet ją, zupełnie obcą osobę, wspiera.
– Dobrze, Kowalska, śpij. I dla ciebie będą gwiazdy z nieba. – Doktor Marek wyszedł. Ania spojrzała w okno. Kawałek nieba, usiany gwiazdami, był naprawdę widoczny. „Gdyby teraz spadła gwiazda” – pomyślała Ania, ale gwiazdy nie spadały, przynajmniej żadna nie spadła, zanim Ania nie zasnęła.
– No i jak? – Doktor Marek stał naprzeciwko łóżka Ani. – Doktor Jan powiedział, że operacja przebiegła pomyślnie.
– Chyba tak. Tylko nóg wciąż nie czuję. – Ania westchnęła.
– Zobacz, co ci przyniosłem. – Doktor Marek podał Ani małe pudełeczko. Ania otworzyła je i uśmiechnęła się. Pudełeczko było pełne błyszczących, maleńkich gwiazdek z konfetti. – Jeśli będziesz się starać, sama dojdziesz do prawdziwych gwiazd. – Obiecał lekarz.

Rehabilitacja była długa, męcząca i, jak się wydawało Ani, bezowocna. Marek, teraz Ania nazywała go po imieniu, często do niej zaglądał. Rozmawiali jak starzy przyjaciele, gadali na różne tematy. Marek potrafił odciągnąć Anię od smutnych myśli, a ona nawet zaczynała wierzyć jego słowom, że wysiłek nie pójdzie na marne.

– Jak dziś? – Marek wszedł do sali po codziennych ćwiczeniach Ani, podczas których pielęgniarka próbowała ożywić jej „drewniane” nogi.
– Nic specjalnego. – Ania rozłożyła ręce.
– Lilak zakwitł. – Marek podał Ani ukrytą za plecami puszystą gałązkę. Ania wciągnęła świeży, drażniący nozdrza zapach. Potem z dziecięcym zapałem zaczęła szukać pięciolistnego kwiatka.
– I tu nic. – Ania nadęła usta i podniosła wzrok.
– A tu? – Marek podał Ani kolejne małe pudełeczko. Uśmiechnęła się, spodziewając się kolejnej porcji gwiazdek. Ale gdy otworzyła pudełko, na chwilę zastygła. Na małym pierścionku, w promieniach słońca, błyszczała zupełnie inna gwiazda – maleńki kamień.

– Wyjdziesz za mnie? – Zapytał Marek, gdy Ania przeniosła wzrok z pierścionka na niego. Ania milczała. Marek nerwowo westchnął i usiadł na łóżku.
– Siedzisz mi na nodze… – Cicho powiedziała Ania. – Siedzisz mi na nodze! – Już głośno krzyknęła i roześmiała się. – Na nodze siedzisz! Czuję! Czuję nogę!
Marek zerwał się i też się roześmiał. A wtedy Ania rozpłakała się. Uśmiechała się, ale po jej policzkach płynęły łzy.

– Co się stało? Boli? – Martwił się Marek. Ania pokręciła głową:
– Pamiętasz, mówiłam, że już nigdy nie będę szczęśliwa. Naprawdę tak myślałam. A dziś tyle szczęścia naraz. No, skoro nie bałeś się prosić o rękę kaleki, to mam nadzieję, że płaczem cię nie przestraszę? – Ania znów się roześmiała.
– Nic mnie nie przestraszy. – Odpowiedział Marek i z czułością spojrzał na swoją narzeczoną.
***
– Mamo, widziałaś? Udało mi się! – Zosia podbiegła do ławki, na której siedziała Ania.
– Oczywiście, że widziałam. I wszystko nagrałam dla taty. Jesteś świetna. – Ania przytuliła córkę.

– Pani Kasia powiedziała, że będę tańczyć w centrum. – Pochwaliła się Zosia. – To znaczy, że tańczę najlepiej?
– Tak. – Szepnęła Ania i równie cicho zdradziła córce sekret. – Tylko ciii, jak się będziesz przechwalać, to nic nie wyjdzie. – Zosia zrozumiała i skinęła głową. – A teraz zbieraj się, jedziemy odebrać tatę z pracy.

Minęło dziesięć lat. Ania już nie tańczyła na wielkiej scenie, ale na własnym ślubie tańczyła całkiem nieźle. Jak zauważył Marek, zdecydowanie lepiej niż on. Droga do gwiazd była dla Ani długa, ale razem z Markiem dali radę. I żeby nigdy o tym nie zapomnieć, a także by pamiętać, że trzeba wierzyć w lepsze i marzyć, bez względu na wszystko, Ania zaproponowała, by sufit w sypialni pomalować na wzór gwiaździstego nieba. Marek się zgodził. Otwierając oczy rano, Ania wiedziała, że do gwiazd można sięgnąć ręką, wystarczy tylko chcieć. Do każdej i zawsze.

Rate article
Fajna Tajna
Spacerem do gwiazd