Nasza ukryta historia ma już 15 lat.

Nasza tajemnicza historia trwa już 15 lat. Opowiem ją, bo mój mąż już wie, więc – mogę.

Przed porodem leżałam na oddziale przez 26 dni – był to dla mnie mega-urlop przed bezsennymi nocami. Na sali była ze mną Kasia – dwudziestoletnia, śliczna dziewczyna z przeciętnego środowiska. Mieszkała z rodzicami, dziecko było nieplanowane, ojciec nie czuł się zobowiązany do ślubu – sytuacja zwyczajna i ona nie widziała w niej katastrofy, nawet nie rozmawialiśmy o tym zbyt dużo. Powiedziała tylko raz, że mama chce wnuczkę, a ojcu wszystko jedno, kogo uczyć jeździć na rowerze. Wiele rozmawiałyśmy, zaprzyjaźniłyśmy się, razem zajadałyśmy smakołyki.

Pewnego ranka podczas badania lekarz zapytał ją:
– Nie zmieniła pani zdania?
– Nie, – odpowiedziała stanowczo.
– Pielęgniarka przyniesie dokumenty. Zgodnie z prawem ma pani sześć miesięcy na zmianę decyzji.
Coś mnie zaniepokoiło, ale bałam się zapytać. Przed obiadem pielęgniarka przyniosła dokumenty, a Kasia je wypełniła. Głowa pękała mi od myśli i nie mogłam już milczeć:
– Co to jest?
– Zrzeczenie się.
– Dlaczego!? Będziesz mogła wychować dziecko, rodzice ci pomogą, jesteś młoda i silna. Co ty robisz!?
– Urodzę jeszcze. Teraz nie czas, nie chcę go!

Jej odpowiedź była zimna…, nie było w niej żalu, współczucia dla dziecka, nie było łez, nawet nie odwróciła ode mnie wzroku, a ja czekałam, kiedy zacznie płakać – wtedy bym mogła ją przekonać! Ale ona nie płakała.
Przestałyśmy się spotykać, rzadko rozmawiałyśmy.
Zaczęłam myśleć, jakby zabrać to dziecko do siebie. Po pierwszej nocy pełnej dylematów, nie wiedząc, co się stanie z jej oświadczeniem, poszłam rano do mojego lekarza. Opowiedziałam mu całą sytuację, a on zaprowadził mnie do kierownika oddziału położniczego. Tam także wszystko opowiedziałam. Poszliśmy do ordynatora. Wtedy powiedziałam wszystko:

– Czy można to rozwiązać tak, by wyglądało, że to ja urodziłam, a ona… w ogóle nie rodziła. Nie wiem jak, ale tak, żeby to było oficjalnie moje dziecko? Żeby nie tłumaczyć się przed mężem i rodziną, po prostu – urodziłam bliźniaki i tyle! – a miałam ogromne wielowodzie, więc ten pomysł wydawał mi się całkiem niezły.
Lekarze patrzyli na mnie z niedowierzaniem. Ordynator przewrócił oczami.
– Co pani sobie myśli! To przecież złamanie prawa! Chce pani, żebym przez was poszedł do sądu?…

– Co wam szkodzi?! Wymyślcie coś! Proszę! Nawet jeśli urodzimy w innych terminach, wpiszcie to później w moje narodziny! Czy sprzedacie dziecko komuś? – To było zupełnie zbędne, medycy wyrzucili mnie za drzwi.
Tej nocy Kasia urodziła. Byłam zdenerwowana, ale w sercu miałam nadzieję, że Bóg przygotował dla tego dziecka dobrą przyszłość. Nie pozwalałam sobie o tym zbytnio myśleć, żeby się nie rozklejać, i gładziłam uspokajająco swój wielki brzuch.
Następnego wieczora zaczęły się moje skurcze. Poród był ciężki. O 6:55 urodziłam Julię.

Zaraz po porodzie, kiedy jeszcze leżałam ledwo żywa, przyszedł do mnie ordynator:
– Nie zmieniła pani zdania?
Nie od razu zrozumiałam, o co pyta. Kiedy zrozumiałam, potrząsnęłam głową:
– Nie! Nie! Nie zmieniłam!
Tak oto urodziłam bliźnięta – Janusza i Julię. Janek pił mleko jak smok, a Julka była strasznie leniwa, ale przybierała na wadze.

Zapytałam ordynatora, jak mogę pomóc oddziałowi. Naskrobał listę i powiedział:
– Im więcej, tym lepiej, tego zawsze brakuje.
Mężowi nie powiedziałam przez telefon o bliźniętach. Poprosiłam, by nas odwiedził. Kiedy zobaczył dzieci, nie tyle co osłupiał… – usiadł na krześle i poprosił o wodę, wypił i zapytał:
– To jak z USG.. hm, to teraz USG… to…, nadałaś już imiona?
– A jak ty byś chciał?
– Przecież myśleliśmy o Julii, a tu…, – nagle się ożywił i uśmiechnął szeroko, jakby coś sobie przypomniał – Nadajmy imię po moim dziadku – Janusz?
Oczywiście, zgodziłam się. Płakałam, a mąż myślał, że z radości. A ja i z radości, i z tego, że wiedziałam, co robię, że kłamię mu, że będę wszystkim kłamała przez dwa dni, było mi strasznie.

Nie wiem, jak oni to wszystko załatwili, ale wszystko zostało nam wydane zgodnie z przepisami od samego początku – od opasek po dokumenty ze szpitala.
21 kwietnia moje dzieci skończyły 15 lat. Pojechaliśmy nad jezioro świętować. Janusz dostał wędkę z kołowrotkiem, a Julia górski rower. Tam postanowiłam opowiedzieć mężowi, tylko na trzeźwo bałam się jego reakcji, więc uznałam, że po alkoholu będzie łatwiej. W drodze powrotnej kupiłam w sklepie dwie butelki mocniejszego wina. Na zdziwienie męża odpowiedziałam: “Przecież to święto”. Dzieci poszły spać późno, a ja nakryłam w kuchni na dalszy ciąg uczty. Kiedy na dnie drugiej butelki zostało niewiele, opowiedziałam wszystko. Igor słuchał, a potem powiedział:

– Nie wierzę.
– No jak nie wierzysz! – pijany, krzywy krzyż, okropność!
Następnego wieczora ponownie zapytał:
– To prawda?
– Tak, – teraz nie byłam taka odważna, głowa zwisała nisko.
Rozmawialiśmy długo, płakałam. Jakby kamień spadł mi z serca, mąż mnie zrozumiał.

– No toś ty… dała radę! Janusz, Julka, chodźcie tutaj! – dzieci podeszły, a ja zamarłam. – Wasza mama to silna i mądra kobieta! Bądźcie dla niej wyrozumiali – i uśmiechnął się dobrotliwie.

Rate article
Fajna Tajna
Nasza ukryta historia ma już 15 lat.