Z emerytury Pani Krystyna, oprócz koniecznych opłat za mieszkanie i zakupu produktów spożywczych na wyprzedaży hurtowej, pozwalała sobie na mały prezent – torebkę kawy w ziarnach.
Ziarna były już palone, a kiedy odcinała róg torebki, wydobywał się z nich niesamowity aromat. Należało wdychać z zamkniętymi oczami, odłączając się od wszystkich zmysłów, oprócz węchu, wtedy działo się niesamowite! Razem z zachwycającym zapachem, do ciała jakby wpływała siła, a w pamięci pojawiały się młodzieńcze marzenia o dalekich krajach, śniła się morska bryza, szum tropikalnego deszczu, tajemnicze szelesty w gęstwinie i dzikie krzyki małp przebiegających po lianach…
Tego wszystkiego nigdy nie widziała, ale pamiętała opowieści ojca, który często przepadał w ekspedycjach badawczych w Ameryce Południowej. Kiedy wracał do domu, uwielbiał opowiadać córeczce o przygodach w dolinie Amazonki, popijając mocno zaparzoną kawę, a jej zapach zawsze przypominał jej o nim – szczupłym, żylastym, opalonym podróżniku. Wiedziała od zawsze, że rodzice nie są biologiczni.
Pamiętała, jak na początku wojny, jako trzyletnią dziewczynkę, która straciła bliskich, znalazła ją kobieta, która została jej mamą na całe życie. Później było jak u wszystkich: szkoła, nauka, praca, małżeństwo, narodziny syna i w końcu samotność. Syn, jeszcze dwadzieścia lat temu, ulegając namowom żony, wybrał inne państwo do życia i dobrze prosperował z rodziną w mieście Haifa. Przez cały ten czas odwiedził rodzinne miasto tylko raz. Rozmawiali telefonicznie, syn co miesiąc przysyłał jej pieniądze, ale ona ich nie wydawała – odkładała na specjalnie otwartym koncie. Przez dwadzieścia lat uzbierała spora suma, która wróci synowi. Potem…
W ostatnim czasie nie opuszczała ją myśl, że przeżyła dobre życie, pełne trosk i miłości, ale – cudze. Gdyby nie wojna, miałaby zupełnie inną rodzinę, innych rodziców, inny dom rodzinny. Zatem i jej los byłby inny. Swoich biologicznych rodziców prawie nie pamiętała, ale często wspominała dziewczynkę – rówieśniczkę, która zawsze była obok w tamtych niemalże dziecięcych latach. Miała na imię Małgosia. Czasem słyszała, jak wołano je: „Gosia, Krysia!” Kim była dla niej? Przyjaciółką, siostrą?
Rozmyślania przerwał krótki sygnał telefonu komórkowego. Spojrzała na ekran – emerytura wpłynęła na kartę! To dobrze, bardzo na czas! Można się przejść do sklepu, kupić kawę – ostatnią zaparzyła wczoraj rano. Ostrożnie stukając laseczką o chodnik, omijając jesienne kałuże, podeszła do wejścia do sklepu.
Przy drzwiach przycupnęła szarawa, pręgowana kotka, niepewnie spoglądając to na przechodniów, to na szklane drzwi. Litość zełgała w jej sercu: – „Marznie, biedactwo, i pewnie głodna. Wzięłabym cię do domu, ale… Kto cię przygarnie po mnie? A mi zostało… Nie dziś, to jutro”. Ale, litując się nad biedną istotą, kupiła jej tanią paczkę karmy.
Starannie wyciskała galaretowatą masę na plastikowy tackę, kotka cierpliwie czekała, wpatrując się w dobrodziejkę zakochanymi oczami. Drzwi sklepu się otworzyły i na schodki wyszła tęga kobieta, której wyraz twarzy nie wróżył nic dobrego. Bez zbędnych słów, kopnęła tackę z karmą, tak że galaretowate kawałki rozleciały się po chodniku:
– Mówi się im, mówi – bez sensu! – warknęła. – Nie ma czego ich tu dokarmiać! – I odwracając się, zdenerwowana odeszła.
Kotka, niepewnie się rozglądając, zaczęła zbierać kawałki jedzenia z chodnika, a pani Krystyna, zadyszana z oburzenia, poczuła pierwsze objawy nadchodzącego ataku. Pośpieszyła na przystanek autobusowy – tylko tam były ławeczki. Usiadłszy na jednej z nich, gorączkowo przeszukiwała kieszenie, z nadzieją znaleźć tabletki, ale na próżno.
A ból bezlitośnie napierał falami, głowa zdawała się być ściskana w imadle, w oczach ciemniało, a z piersi wyrywał się jęk. Ktoś dotknął jej ramienia. Z trudem otworzyła oczy – młoda dziewczyna z lękiem patrzyła na nią:
– Źle się pani czuje, babciu? Jak mogę pomóc?
– Tam, w torbie. – Pani Krystyna słabo drgnęła ręką. – Jest paczka kawy. Wyjmij ją i otwórz.
Przyłożyła się do opakowania, wciągnęła aromat palonych ziaren raz, drugi. Ból nie ustąpił, ale osłabł.
– Dziękuję, dziewczynko. – Pani Krystyna słabo powiedziała.
– Mam na imię Paulina, a dziękuj kotce. – Dziewczyna się uśmiechnęła. – Była obok ciebie i tak głośno miauknęła!
– I tobie dziękuję, kochanie. – Pani Krystyna pogłaskała kotkę, która usiadła obok niej na ławce. Tę samą pręgowaną.
– Co się stało? – z troską interesowała się dziewczyna.
– Atak, dziewczynko, migrena. – Przyznała pani Krystyna. – Byłam zbyt zestresowana, czasami się zdarza…
– Odprowadzę panią do domu, samej będzie trudno dojść…
– … Mojej babci też zdarzają się migreny – opowiadała Paulina, gdy piły słabą kawę z mlekiem i ciastkami w mieszkaniu pani Krystyny. – Właściwie to jest moja prababcia, ale wołam na nią babciu. Mieszka na wsi razem z moją babcią, mamą i tatą. A ja uczę się tutaj, w szkole medycznej, na pielęgniarkę. Babcia też mnie nazywa dziewczynką. A poza tym – jesteś tak podobna do niej, że najpierw pomyślałam, że jesteś ona! A czy próbowałaś szukać swoich prawdziwych krewnych?
– Polcia, moja droga, jak ich odnaleźć? Przecież prawie ich nie pamiętam. Ani swojego nazwiska, ani skąd pochodzę. – Mówiła pani Krystyna, głaszcząc kotkę, która ogrzewała jej kolana. – Pamiętam bombardowanie, gdy jechaliśmy na wozie, potem czołgi… A ja biegłam, biegłam tak, że siebie nie pamiętałam! Koszmar! Koszmar na całe życie! Potem znalazła mnie kobieta, nazywałam ją mamą przez całe życie, i teraz jest dla mnie mamą. Po wojnie przyszedł jej mąż i stał się dla mnie najlepszym tatą na świecie! Jedyne, co mi zostało po sobie – to imię. Moja rodzina najprawdopodobniej zginęła tam, pod bombami. I mama, i Gosia…
Nie zauważyła, jak po tych słowach Paulina drgnęła i spojrzała na nią wielkimi, niebieskimi oczami:
– Pani Krystyno, a ma Pani znamię na prawym ramieniu, przypominające listek?
Zaskoczona gospodyni zakrztusiła się kawą, a kotka uważnie się na nią spojrzała.
– Skąd o tym wiesz, dziewczynko?
– Moja babcia ma dokładnie takie samo. – Cicho powiedziała Paulina. – Ma na imię Małgorzata. Wciąż nie potrafi powstrzymać łez, kiedy wspomina swoją siostrzyczkę – bliźniaczkę, Krysieńkę. Zaginęła podczas bombardowania, w trakcie ewakuacji. Kiedy faszyści przecięli drogę, musieliśmy wrócić do domu, tam przeżyliśmy okupację. A Krysieńka zaginęła. Mimo poszukiwań, nigdy jej nie odnaleźli…
Od rana pani Krystyna nie mogła znaleźć sobie miejsca. Chodziła od okna do drzwi, oczekując gości. Szarawa, pręgowana kotka nie odstępowała jej na krok, z niepokojem przyglądając się twarzy właścicielki.
– Nie martw się, Margo, wszystko ze mną w porządku – uspokajała kotkę. – Tylko serce mi wali…
W końcu zadzwonił dzwonek do drzwi. Pani Krystyna, zdenerwowana, otworzyła drzwi.
Dwie starsze kobiety zamieraniem spoglądały na siebie oczami pełnymi nadziei. Jak w lustrze, widziały tę samą nieutraconą niebieskość oczu, siwe loki kręconych włosów i bolesne zmarszczki w kącikach ust.
W końcu gość westchnął z ulgą, uśmiechnął się, zrobił krok naprzód i objął gospodynię:
– Witaj, Krysieńka!
A w progu, ocierając łzy szczęścia, stali bliscy ludzie…



