Miał urodziny, mały jubileusz

Przemek dokładnie przyjrzał się swojemu biurku. Zazwyczaj panował na nim, jak to się mówi, twórczy nieład. Ale dziś planował wyjść wcześniej. Obchodził urodziny, mały jubileusz.

Dodatkowo Przemek poprosił o tydzień urlopu, planując odpocząć z rodziną nad jeziorami, dlatego postanowił uporządkować swoje miejsce pracy. – No, chyba jest porządek – pomyślał. Jego wzrok padł na stojące w kącie biurka zdjęcie, a serce ogarnął cichy smutek. Raczej nostalgia. Nostalgia za tym, co dla nas cenne, ale czego nie można już odzyskać. Podobne zdjęcia, tylko większe, wisiały w jego pokoju w rodzinnym domu i w salonie jego własnego mieszkania. Tego dnia Przemek pamięta do dziś, mimo że minęło już wiele lat. I to nie tylko dlatego, że to były jego urodziny.

Przemek siedział z bratem na ławce przed blokiem. Starszy opowiadał fabułę kolejnego obejrzanego filmu akcji, naśladując głównych bohaterów. Zafascynowani chłopcy nie zauważyli, kiedy podjechał samochód ich taty.
– Cześć, synu. Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin – tata uśmiechnął się do Przemka, wyciągając coś zza pleców. – Oto mój mały prezent – powiedział, pokazując małego puchatego kociaka. Kot był szary, z białymi łapkami, i z ciekawością się rozglądał.

Z klatki wyszła mama z niebieską sportową torbą. To z nią tata zazwyczaj jeździł w delegacje. – Synku, muszę wyjechać na krótko – powiedział. – Ale główny prezent wybierzemy razem, kiedy wrócę. Dam wam teraz kotka. Nalejcie mu w domu mleka. Ja wrócę na weekend, pójdziemy do sklepu i sam sobie wybierzesz prezent, dobrze? A potem odwiedzimy zoo. Tata przytulił ich z bratem i poczochrał po włosach. – Marek, długo cię nie będzie? – zapytała mama. – Nie, wracam jutro wieczorem – odpowiedział, zabierając z jej rąk torbę. – Zróbmy zdjęcie na pamiątkę – zaproponowała mama.

Niedawno kupili aparat, popularnego wtedy “szpiegowskiego kompaktu”, i mama starała się uwieczniać jak najwięcej momentów z ich życia. – Spieszę się – zażenowany uśmiechnął się tata. Faktycznie, siedzący za kierownicą wujek Kuba zagwizdał, a uśmiechając się, wymownie stuknął w tarczę swojego zegarka na ręku. Tata machnął do niego ręką, jakby na znak, żeby chwilę poczekał. Postawił torbę na ziemi, wziął kotka na ręce, a Przemek z bratem stanęli obok.

Uśmiechnięci patrzyli w obiektyw i nawet nie domyślali się, że kociak będzie jedynym prezentem dla Przemka. I ostatnim. Bo z tej delegacji tata nie wrócił. Okazało się później, że wraz z wujkiem Kubą mieli przewieźć dużą sumę pieniędzy w gotówce. To były lata 90., takie transakcje były wtedy na porządku dziennym, a ktoś ich wskazał bandytom.

Mama mówiła później, że zdaniem śledczego, który prowadził sprawę, nie planowano ich zabić. Złodzieje zapewne śledzili ich, wybierając moment, kiedy szosa będzie pusta, aby imitując wypadek, przejąć pieniądze. Ale coś chyba poszło nie tak, uderzenie było zbyt silne, samochód taty zjechał z drogi, przewrócił się i zapalił. Ani wskazującego, ani napastników nie odnaleziono, a sprawę po kilku latach cichutko zamknięto w archiwum. Za każdym razem, wspominając tamte czasy, mama mówiła: – Nie wiem, kim byli ci ludzie, i nie chcę wiedzieć. – Bóg ich osądzi. – Ale to, że mogli pomóc i nie zrobili tego, tylko uciekli, ratując własną skórę, tego im nigdy nie wybaczę.

Pogrzeb odbył się w jeden dzień. Ojca i wujka Kuby. Pogrzeb odbył się w zamkniętych trumnach. Przemek stał obok płaczącej babci, mamy taty, i nie rozumiał, że w tej ciemnobordowej skrzyni leży jego ojciec. Może dlatego jeszcze przez miesiąc z nadzieją biegł do drzwi przy każdym dzwonku. Z nadzieją, że to wszystko to jakiś zły sen, że teraz drzwi się otworzą i tata wejdzie, uśmiechnięty, trochę pachnący papierosami i benzyną. Tata zawsze miał swoje klucze, ale za każdym razem wracając z delegacji dzwonił do drzwi, a Przemek pierwszy biegł, aby go powitać, a tata uśmiechając się, wyciągał z torby jakiś prezent, mówiąc, że to od zajączka. Brat, jako starszy, śmiał się z niego. – Skąd zające mogą mieć prezenty? – W lesie przecież nie ma sklepów – śmiał się. – Eh, ty brzdącu. Lecz Przemek nie zwracał uwagi i był strasznie dumny, że leśne stworzenia o nim wiedzą i nigdy nie zapominają.

Ale tata nie wrócił, i z czasem chłopiec stworzył sobie bajkę, całe fantasy o tym, że tata wcale nie umarł, a jakiś zły czarodziej zamienił go w szarego kota. Za każdym razem ta bajka w wyobraźni chłopca rosła o nowe szczegóły, do tego stopnia, że czasami sam zaczynał w to wierzyć. Teraz już Przemek sam nie wiedział, czym to było. Reakcją obronną organizmu czy naiwną dziecięcą wiarą w cuda. Ale wtedy te fantazje chyba pomogły mu przeżyć ten pierwszy ostry ból straty. Już dużo później, przeglądając z bratem wspomnienia tamtych dawnych dni, łapali się na dziwnym uczuciu. Jakby dusza taty rzeczywiście w jakiś niezrozumiały sposób przechodziła w szarego kota. Przez cały czas, gdy kociak, a później dorosły kot, był z nimi, czuli niewidzialną obecność ojca. Jakby był gdzieś obok, tylko dla nich niewidzialny. Ale wtedy, w dzieciństwie, nikt z nich się tym nie dzielił, nawet ze sobą nawzajem. Kociaka nazwali Bolek, na cześć jednego z bohaterów disneyowskich kreskówek, które wtedy co niedzielę pokazywano w telewizji.

Przemek z bratem, a nawet mama bardzo pokochali kota. Stał się bez przesady talizmanem, talizmanem rodziny. Odprowadzał i witał ich z bratem ze szkoły, potem z uczelni, mamę z pracy. Kiedy ktoś się rozchorował, Bolek był obok, mruczał uspokajająco i kładł się na bolesnym miejscu, starając się ogrzać. Nie odchodził, aż jego człowiek nie wyzdrowiał. Kot przeżył długo w ich rodzinie. Ale czas jest nieubłagany, i pewnego letniego niedzielnego wieczoru cicho odszedł. W tym czasie starszy brat był już żonaty i mieszkał osobno. Dowiedziawszy się o śmierci ich wieloletniego ulubieńca, natychmiast przyjechał. W ostatnią drogę kota pożegnała cała rodzina. A jak inaczej? Był żywym wspomnieniem o zmarłym ojcu. Tata na zawsze pozostał w ich wspomnieniach taki, jak w ten ostatni dzień. Wesoły, trochę się spieszący, z kotkiem na rękach. Przemek nie był pewien, ale wydawało się, że mama czuła coś podobnego, bo na nagrobku, poza zdjęciem ojca na całej wysokości, na odwrocie, na jej prośbę artysta namalował pustynną drogę i samochód na niej, pędzący ku zachodzącemu słońcu. Kociaka pochowano za miastem w ówczesnym młodym sosnowym lesie. Choć od tamtego dnia minęło wiele lat, a z mogiłki pozostał ledwo widoczny kopczyk, Przemek dobrze znał to miejsce i za każdym razem, jadąc obok, skręcał tam, żeby na kilka minut zatrzymać się, oddając hołd wieloletniemu ulubieńcowi.

Cóż można powiedzieć, bez wątpienia członkowi rodziny, z jego śmiercią skończyła się cała epoka jego życia. Epoka dzieciństwa i młodości. Raz jeszcze spojrzawszy na zdjęcie i smutno uśmiechnąwszy się na wspomnienia, które go zalały, Przemek wziął z biurka laptop, wytarł wierzchem dłoni wilgotne oczy i wyszedł z gabinetu.

W domu Przemka już czekali. Wszyscy byli obecni. Przyjechała mama, brat z rodziną, kilku bliskich przyjaciół. Kiedy wszyscy zebrali się w salonie, brat z siostrzeńcami uroczyście wniósł pudło i wręczyli mu. Wszyscy zaczęli klaskać, a siostrzeńcy chytrze się uśmiechając, poprosili go, żeby zgadł, co jest w środku.

Rodzina i przyjaciele wiedzieli o zainteresowaniu Przemka grami komputerowymi, więc zaczął wymieniać. – Fajny joystick, kierownica do wyścigów? – Zgadłem? Siostrzeńcy, śmiejąc się, potwierdzili, że nie, i otworzyli pudełko. Przemek spojrzał i dosłownie osunął się na przewidziane przez kogoś krzesło. Wspomnienia z dzieciństwa ponownie przewinęły się w jego głowie, a niespodziewane łzy same popłynęły z oczu. I nawet się ich nie wstydził. W pudle siedział kociak, dokładnie taki sam, jaki kiedyś ofiarował mu ojciec. Szary, puszysty, z białymi skarpetkami na łapkach. Wspomnienia zalały go falą. Tata, Bolek… Wtedy, w dzieciństwie, Przemek godzinami rozmawiał z kotem, powierzając mu swoje dziecięce tajemnice, radości i smutki. Miał trwałe poczucie, że rozmawia z żyjącym ojcem. Przynajmniej on go słyszał.

W tym Przemek był w tajemnicy przekonany nawet później, już jako dorosły. A kot patrzył na niego osądzającym, niemalże ludzkim spojrzeniem i cicho, uspokajająco mruczał.

Teraz jego córka-nastolatka przychodząc ze szkoły najpierw idzie do kuchni, skąd po chwili dobiega jej niezadowolony głos. – Dlaczego Bolek ma puste miski?! – Kici-kici, malutki. – Chodź tu, maluchu, zaraz cię nakarmię. A kotek, dosłownie niedawno zjadłszy swoją porcję karmy, zapijając świeżym mlekiem, patrząc chytrze na Przemka, szybko biegnie do kuchni na wezwanie swojej małej opiekunki.

Rate article
Fajna Tajna
Miał urodziny, mały jubileusz