Weronika Nowak otrzymała telefon. Administracja fabryki, w której pracowała przez 50 lat, chce ją uhonorować i wręczyć prezent z okazji 75. urodzin.
Jakże się ucieszyła! Już dziesięć lat nie pracuje, a jednak o niej pamiętano! Mają ją gratulować! Nawet jeśli to tylko pocztówka, będzie miło.
Nadszedł ten dzień. Weronika ubrała się odświętnie, nawet pomalowała usta, i wybrała się wcześniej, żeby się nie spóźnić. Zebrało się sześć osób takich jak ona – “świętujących”. Wszyscy się znali i bardzo cieszyli się ze spotkania! Zastępca dyrektora powiedział gratulacyjną przemowę i wręczył kopertę ze stuzłotowym banknotem. Następnie kobieta z działu kadr zaprowadziła ich na obiad do zakładowej stołówki. Nakarmiono ich obiadem, można powiedzieć, że wspomniano zakładowe posiłki.
Na końcu każdemu wręczono “zestaw żywnościowy”: pięć rodzajów kasz po 1 kg, paczkę mąki 2 kg, trzy puszki rybne i słoik soku jabłkowego 3 litry.
To oczywiście piękna rzecz, miła, potrzebna, ale jak to wszystko zanieść do domu?
Uprzejma kobieta z działu kadr mówi: “Kochane panie, nie martwcie się, możecie coś zostawić u mnie w biurze, potem jeszcze raz przyjdziecie czy przyjedziecie i odbierzecie. Nie martwcie się, nic nie zginie!”
Weronika Nowak w życiu wiele widziała, i nawet w duchu uśmiechnęła się na tę propozycję. Aha, zostaw u nich, a potem niczego się nie znajdzie!
Zdecydowała się zabrać wszystko od razu. Celofanowa torba z supermarketu zawsze była przy niej. Na torbie napisano, że wytrzymuje 10 kg, więc spakowała kasze, mąkę i konserwy, a słoik soku wzięła pod pachę. I poszła powoli, ostrożnie stąpając po oblodzonym chodniku.
Mieszkała Weronika Nowak dwie przystanki od fabryki i całe życie chodziła pieszo. Teraz też postanowiła pójść, bo jak wsiąść do autobusu, gdy obie ręce zajęte. Ciężko nieść, ale serce radosne. I ten sok, chyba nie potrzebny, trzy litry.
Własne przetwory miała w bród, jabłka tego roku obrodziły. Ale skoro dali – trzeba brać, przyda się! A te kasze oni nie jedzą – soczewica i pęczak, i jeszcze jakaś nieznana kasza, nieważne, wszystko się przyda! Weronika Nowak doszła do zakrętu, odpoczęła.
Teraz przejdzie małą drogą, akurat stoją samochody, czekają na zielone światło. Przejdzie na skos, tak bliżej, do przejścia dla pieszych daleko. Na drodze lód, ostrożnie stąpa.
Za kierownicą eleganckiego auta, przed którym próbowała przejść Weronika Nowak, siedział młody chłopak z dziewczyną. Pewnie śmieszyło ich spojrzenie na rozkraczoną na środku drogi staruszkę, i z jakiegoś powodu wcisnął klakson. Głośno, nagle, niespodziewanie!
Weronika Nowak się wzdrygnęła, potknęła się o koleinę, wykonała wyszukany piruet nogami i rękami i upadła na drogę. Słoik się rozbił.
Upadła na torbę, przez co dwa woreczki z kaszą pękły i wysypały się na drogę. Paczka mąki pękła.
Weronika Nowak stanęła na nogi, odwróciła się do eleganckiego samochodu. Przez działające wycieraczki, zmiatające śnieg z szyby, patrzył na nią i dusił się ze śmiechu młody chłopak z dziewczyną, machając rękami, żeby już zeszła z drogi, czemu stanęła.
Nie mogli usłyszeć, co mówiła ta babka, przez głośną muzykę i własny śmiech, mogli tylko widzieć jej czerwone, gniewne oblicze. Pochyliła się, wydawało się, że będzie zbierać swoją siatkę, i chłopak znów wcisnął klakson. W głowie babki coś jakby eksplodowało.
W jednej chwili przypomniały się opowieści ojca weterana, jak rzucał granaty w faszystowskie czołgi, jak ją uczył, żeby nigdy nie dać się krzywdzić. Weronika Nowak naprawdę podniosła z ziemi worek z kaszą, i wsadzając w niego palec, żeby kasza się wysypywała, wymierzyła i rzuciła go na przednią szybę eleganckiego auta. Potem drugi worek.
Chłopak trąbił, ale wyjść bał się. Weronika Nowak rzucała i rzucała, kiedy skończyła się kasza, podniosła worek z mąką i to było mocne, rzuciła go na dach auta, pęknięty worek rozsypał się, pokrywając prawie równą warstwą cały mokry od śniegu samochód. Przekonawszy się, że skończyły się “pociski”, Weronika Nowak podniosła puszki konserw, i trzymając jedną w dłoni jakby rozważając, gdzie ją rzucić, nagle zobaczyła taki strach w oczach chłopaka za kierownicą.
Chyba takie same oczy mieli faszyści na widok naszych żołnierzy. Włożyła je do torby, otrzepała ręce, przeszła przez drogę i poczłapała do domu. Oddychało się lekko, a na duszy spokój. A tej kaszy i tak nie jadają, soków swoich ma w bród, jeszcze i smaczniejsze od sklepowych. I drania ukarała, tata byłby dumny.
Dawno świeciło zielone światło, wielkie eleganckie auto wszyscy omijali i oglądali się uśmiechając. Chłopak nie wyszedł z auta, ciągle dzwonił do kogoś przez telefon. Wycieraczki zmęczenie rozmazywały biały płyn po przedniej szybie.
A wieczorem niespodziewanie przyjechał wnuk. Przywiózł tort i szampana. “Babciu, myślałem, że tylko pyszne pierogi potrafisz piec, a ty jeszcze potrafisz na czołgi z granatami! Na YouTube cię pokazali!”
Weronika Nowak teraz lokalną sławą.
Ach, kto to wie, do czego zdolna jest “stara gwardia” w chwilach rozpaczy. Lepiej nie wiedzieć.



