Zofia była bardzo zmęczona. Od sześciu lat była sama, odkąd mąż ją opuścił. Rok temu jej córka wyszła za mąż i wyprowadziła się do innego miasta.
Zofia miała dopiero czterdzieści dwa lata, świetny wiek dla kobiety. Druga młodość. Zofia była doskonałą gospodynią, wspaniale gotującą, a jej kiszone ogórki z pomidorami uważano za prawdziwe arcydzieło. Ale po co robić te ogórki? Na balkonie już stały rzędy bezużytecznych słoików.
„Przecież nie będę umierać w samotności, taka piękna!” – mówiła Zofia koleżankom. One odpowiadały: „Nie! Szukaj męża! Pełno jest samotnych facetów”. Jedna z nich poleciła Zofii agencję „Najlepszy Mąż”. Zofia pomyślała, że to trochę żenujące i smutne, aby zwrócić się do agencji. Ale z drugiej strony, czterdziestka miała już swoje znaczenie, a dźwięk starych, babcinych zegarów przypominał o uciekającym czasie.
I Zofia zjawiła się w agencji. Miła pani w różowych okularach powiedziała:
– U nas naprawdę są najlepsi. Zobaczmy razem naszą bazę, proszę usiąść obok!
– A wszyscy oni są przystojniacy – uśmiechnęła się Zofia. – Ale jak poznać człowieka? Skąd wiem, że to ten właściwy?
– Mamy to przewidziane – odpowiedziała pani. – Dajemy tydzień. To wystarczający czas, aby zrozumieć, czy to ten, czy szukać dalej.
– Na ile czasu?
– Mężczyznę!
– Jak to?
– Po prostu! Tydzień mieszka z tobą. Słuchaj, tu nie szukamy nieśmiałych narzeczonych, mówimy o konkretach. A maniaków i szaleńców u nas nie ma.
I Zofia nagle się ożywiła. Bardzo spodobał jej się ten pomysł. Wraz z różową damą wybrały pięciu kandydatów. Zofia zapłaciła niewielką sumę i szybko wróciła do domu. Pierwszy miał przyjść już tego wieczoru.
Zofia założyła zieloną sukienkę – kolor nadziei. Do tego kolczyki z diamentami, które rzadko wyciągała z starej szkatułki.
Dźwięk dzwonka.
Zofia najpierw zajrzała przez wizjer. Zobaczyła róże. Pisnęła z radości. Otworzyła drzwi. Mężczyzna był elegancki, jak na zdjęciu.
Usiedli przy stole, gdzie Zofia przygotowała pokaźną ucztę. Bukiet postawiła w centrum stołu. Zofia ukradkiem patrzyła na przystojnego gościa i myślała: „To ten! Innych nie trzeba.”
Zaczęli od sałatki. Przyszły mąż zmarszczył się: „Czemu tak przesoliłaś?” Zofia złośliwie się uśmiechnęła i podała pieczoną kaczkę. Przyszły mąż posmakował kawałek: „Za twarda…”. Nic mu nie smakowało. Zabiegana Zofia zapomniała o winie, chciała je dobrze dobrać. Nalała i powiedziała: „No, za spotkanie!”. Gość powąchał kieliszek i stwierdził: „Jakaś tandeta.” Wstał: „Zobaczmy, jak masz tu urządzone…”
Zofia podniosła bukiet i podała mu: „Róże mnie nie obchodzą. Do widzenia.”
W nocy Zofia trochę popłakała z żalu. Ale przed nią były jeszcze cztery spotkania.
Drugi kandydat pojawił się następnego wieczoru. Z torby czuć było wodką. Zofia spytała: „Już świętowałeś nasze spotkanie?” On się zaśmiał: „Oj, przestań! Masz telewizor? Jest mecz. Lech – Legia.” Zofia surowo odpowiedziała: „Telewizor oglądaj u siebie w domu.”
W nocy znowu popłakała sama.
Po dniu przyszedł trzeci kandydat. Nie był przystojny, stara kurtka, zaniedbane paznokcie. I błoto na butach. Zofia zastanawiała się, jak delikatnie go odesłać. Najpierw postanowiła go nakarmić. Jadł łapczywie, szybko pochwalał Zofię. Zawstydziło ją to. Wyciągnęła kiszonki. „Boże! – wykrzyknął brzydki. – Najlepsze, co jadłem!”
Wtedy zagrały babcine zegary. Brzydki się wsłuchał: „Co to za hałas?” Przeszedł do pokoju, stanął na stołeczku, obejrzał zegar: „Naprawię go! Masz narzędzia?”
Na chwilę zegar bił idealnie, Zofia była szczęśliwa słysząc taki dźwięk. Pomyślała, że to znak. Brzydki powinien zostać jej mężem. Wszystko w nim było dobre, zaradny, a buty i paznokcie to drobiazg – odmyje się, posprząta. Poza tym, był trzeci – szczęśliwa liczba.
Czekała ich teraz noc. Zofia przygotowała się, poszła do salonu piękności, pościeliła elegancką pościel z dużymi różami (w końcu je kochała). Kiedy wyszła z łazienki – jej gość już dżemkał, nie rozbierając się. Zofii to nie ruszyło. Spojrzała na niego z czułością: „Zmęczony, biedny.” I ostrożnie położyła się obok.
A potem zaczęły się koszmary. Ten mistrz zaczął chrapać jak nigdy. Mocno i intensywnie. Zofia przykrywała poduszką siebie, czasem jego, próbowała go przewracać – na darmo. Nie spała całą noc, cierpiała.
Rano wyszedł do kuchni, gdzie Zofia siedziała mroczna: „No i co? Mogę z rzeczami już dziś wieczorem?”
Zofia pokręciła głową: „Nie, przepraszam. Jesteś dobry, ale… Nie!”
Czwarty, brodaty, przypominał Zofii bohatera starego filmu o geologach. Nawet pozwoliła mu palić w kuchni. Brodaty zaciągnął się: „Zofia, ale musimy się dogadać: jestem wolnym człowiekiem. Kocham wędkować, jeździć z kumplami. I nie lubię, jak ktoś mnie wydzwania i pyta – gdzie jesteś?” Zofia patrzyła, jak on strząsa popiół do doniczki z orchideą, zapytała: „Może jeszcze za babami latasz?” Brodaty się roześmiał: „A czemu nie? Mówię – wolność! To normalne dla faceta.”
Po nim Zofia długo wietrzyła kuchnię. Bolała ją głowa, była strasznie osłabiona, jakby straciła trzy litry krwi. Nawet nie chciała zmywać naczyń.
Rano Zofia otworzyła oczy, zza zasłon słońce świeciło, wróble radośnie ćwierkały. Zofia nagle zrozumiała, jak jej dobrze. Sobota. Nie musi się spieszyć, nikt jej nie przeszkadza, nikt nie marudzi, nie szepcze, nie chrapie. Naczynia? Pozmywa, kiedy chce. Spokój i wolność.
Nagle rozległ się telefon: „Zofia! Tu agencja «Najlepszy Mąż». Dzisiaj jeszcze jeden kandydat, pamiętasz? Jest znakomity, ten na pewno twój!”
Zofia dosłownie krzyknęła do słuchawki: „Skreślajcie mnie! Usuwajcie z bazy! Nikogo więcej! Najlepszy mąż to taki, którego nie ma!”
I roześmiana zasłoniła zasłony.



