Мarta słuchała krzyków swojej ciotki, nie podnosząc głowy. Ostatnia nadzieja, że ciotka pozwoli jej zostać, choćby na krótko, aby mogła znaleźć pracę, legła w gruzach na jej oczach.
– Gdyby mama żyła… – pomyślała Marta.
Ojca Marta nigdy nie znała, a mamę straciła piętnaście lat temu, kiedy została potrącona przez pijanego kierowcę na pasach. Tuż przed umieszczeniem dziewczynki w domu dziecka pojawiła się daleka krewna – kuzynka matki, która wzięła Martę do siebie. Miała własny dom i dzięki pracy była w stanie przejąć opiekę nad nią bez większych formalności.
Ciotka mieszkała na obrzeżach południowego przygranicznego miasta, które latem było zielone i gorące, zimą zaś deszczowe. Marta zawsze miała co jeść, była schludnie ubrana i nauczona pracy. W domu z podwórkiem oraz małą hodowlą zwierząt zawsze było coś do zrobienia. Może brakowało jej ciepła i czułości, ale kto by się tym przejmował?
W szkole Marta radziła sobie dobrze. Po maturze dostała się na studia pedagogiczne. Studenckie lata minęły szybko – beztroska skończyła się wraz z egzaminami końcowymi. Powróciła do miasta, które stało się dla niej domem. Tym razem jednak powrót nie sprawiał jej radości.
Kiedy krzyki umilkły, ciotka powiedziała łagodniej:
– Wszystko jasne. Wynoś się z podwórka, żebym cię już nie widziała.
– Ciociu Halino, może chociaż…
– Powiedziałam wszystko!
Marta, trzymając walizkę, wyszła na ulicę. Nagle poczuła się upokorzona, opuszczona i dodatkowo z brzuchem – choć ciąża była jeszcze wczesna, to wiedziała, że nie może tego ukrywać.
Musiała znaleźć jakieś mieszkanie. Szła ulicami miasta zatopiona w myślach, nie zwracając uwagi na otoczenie.
Lato w pełni, w sadach dojrzewały jabłka i gruszki, morele złociły się w słońcu. Winorośle uginające się pod ciężarem gron zdobiły werandy i trejaże, a ciemne, elastyczne liście śliwki skrywały owoce. Z podwórek dochodziły zapachy konfitur, pieczonego mięsa i świeżych wypieków. Czuła pragnienie. Zbliżyła się do furtki i zagadnęła kobietę, która stała przy letniej kuchni:
– Gospodyni, da mi pani coś do picia?
Paulina, energiczna kobieta około pięćdziesiątki, spojrzała w jej stronę.
– Wejdź, jeśli z dobrymi zamiarami.
Nalała wody do kubka i podała Marcie. Ta usiadła na ławce i łapczywie wypiła.
– Mogę chwilkę posiedzieć? Bardzo gorąco.
– Odpocznij, kochana. Skąd jesteś? Widzę, że masz walizkę.
– Skończyłam studia. Chcę pracować jako nauczycielka w szkole. Ale nie mam gdzie mieszkać. Może zna pani kogoś, kto wynajmuje pokój?
Paulina przyjrzała się Marcie uważnie. Wyglądała na czystą, schludną, lecz była zmęczona i zatroskana.
– Możesz zamieszkać u mnie, będzie mi raźniej. Nie wezmę dużo, ale warunek: płacisz na czas. Jeśli się zgadzasz, pokażę ci pokój.
Paulina ucieszyła się z przyszłej lokatorki, dodatkowy grosz zawsze się przyda. W ich niewielkim mieście, oddalonym od większego ośrodka, trudno było znaleźć dodatkową pracę. Syn mieszkał daleko, rzadko ich odwiedzał, więc miała nadzieję na towarzystwo podczas długich zimowych wieczorów. Marta, wciąż nie wierząc w to niezwykłe szczęście, poszła za gospodynią. Pokój był niewielki, ale przytulny, z oknem na ogród, stolikiem, dwoma krzesłami, łóżkiem i starą szafą. Zdecydowanie jej wystarczy. Szybko uzgodniły warunki płatności i Marta, przebrana, udała się do wydziału edukacji.
Dni mijały. Praca, dom, praca. Marta nie nadążała skreślać dni w kalendarzu, tak szybko czas uciekał.
Zaprzyjaźniła się z Pauliną, która okazała się serdeczną kobietą. Paulina także zżyła się z Martą, prosta i skromna dziewczyna zyskała jej sympatię. Marta pomagała jej w gospodarstwie, a wieczorami często spędzały czas przy herbacie w ogrodowej altance. Na południu chłodna jesień przychodzi później.
Ciąża Marty przebiegała dobrze. Nie miała mdłości, a jej twarz pozostawała czysta. Przybrała jednak na wadze, co było widać. Dziewczyna opowiedziała Paulinie swoją prostą historię, jakich wiele zdarza się w życiu.
Na drugim roku Marta zakochała się. I to w kimś wyjątkowym – przystojnym Igorze, jedynym synu zamożnych rodziców, wykładowców tego samego uniwersytetu. Rodzice nie chcieli, by ich syn wyjechał do stolicy. Jego przyszłość była zaplanowana: studia, doktorat, praca naukowa lub dydaktyczna, wszystko w pobliżu rodziców. Był inteligentny, dobrze wychowany, łatwo nawiązywał kontakty i wiele dziewcząt chciało go bliżej poznać. Jednak Igor zwrócił uwagę na Martę. Może urzekł go jej nieśmiały uśmiech, ciepłe piwne oczy, a może delikatna sylwetka z lekko kręconymi włosami? A może wyczuł w niej pokrewną duszę, kogoś z silnym charakterem, kto nie poddaje się przeciwnościom losu? Trudno powiedzieć. Resztę studiów młodzi spędzili razem. Przyszłość Marta widziała w różowych barwach, zawsze u boku Igora.
Pewnego dnia Marta zdała sobie sprawę, że nie może patrzeć na jedzenie, nie toleruje niektórych zapachów i od kilku dni ma nudności. Co więcej, miała spóźnioną miesiączkę! Jak mogła o tym zapomnieć i nie zwrócić uwagi? Kupiła test ciążowy, wróciła do akademika, wypiła szklankę wody i czekała. Tak, oto dwie kreski. Patrzyła na nie, wciąż nie mogąc uwierzyć własnym oczom. Dwie kreski. Egzaminy końcowe tuż, a tu to! Jak Igor przyjmie tę nowinę? Nie planowali dzieci.
Nagle poczuła falę czułości dla małej istoty w sobie.
– Maluszku… – szepnęła, głaszcząc się po brzuchu.
Igor, dowiedziawszy się o wszystkim, postanowił tego samego wieczoru przedstawić Martę swoim rodzicom.
Wracając wspomnieniami do tego spotkania, Marta nie mogła powstrzymać łez. Opowiedziała, że rodzice Igora zaproponowali jej, by przeprowadziła aborcję, a po egzaminach wyjechała z miasta. Igor miał zająć się karierą, a oni nie byli dla siebie odpowiednimi partnerami.
O tym, jak rozmawiali ze swoim synem, Marta mogła się tylko domyślać. Następnego dnia Igor w milczeniu wszedł do jej pokoju, położył kopertę z pieniędzmi na stole i wyszedł bez słowa.
Marta nie myślała o aborcji. Już pokochała to maleństwo w sobie. To był jej i tylko jej dziecko. Mimo to po krótkim namyśle postanowiła przyjąć pieniądze zostawione przez Igora, z przekonaniem, że jej się przydadzą.
Po wysłuchaniu historii Marty, Paulina wyraziła współczucie:
– Bywa różnie… Ale nie to w życiu najgorsze. Dobrze, że nie zrobiłaś aborcji, nie zniszczyłaś niewinnej duszy. Dziecko niczemu winne, to będzie twoje pocieszenie. Może wszystko skończy się dobrze.
Marta jednak nie chciała słyszeć o możliwości pogodzenia się z Igorem. Nie potrafiła wybaczyć sobie upokorzenia. Pamiętała, jak łatwo się od niej odwrócił, nawet nie próbując wyjaśnić.
Czas płynął. Marta przestała już pracować, chodziła nieco ociężała i z niecierpliwością oczekiwała narodzin dziecka. Nie udało się ustalić, czy to chłopiec, czy dziewczynka, jednak dla niej to nie miało znaczenia – najważniejsze, by było zdrowe.
Pod koniec lutego zaczęły się bóle, a Paulina zawiozła ją do szpitala. Poród przebiegł spokojnie – Marta urodziła zdrowego, silnego chłopca.
– Jasiu, mój Jasiu – szepnęła, głaszcząc synka po pulchnej policzku.
Marta zaprzyjaźniła się z innymi kobietami w sali. Opowiedziały jej, że dwa dni wcześniej urodziła tutaj dziewczynkę żona szefa oddziału straży granicznej. Ale okazało się, że nie byli nawet formalnie małżeństwem, żyli w związku cywilnym.
– Nie uwierzysz, zasypał ją kwiatami! Pielęgniarkom koniak z czekoladkami przyniósł. Przyjeżdżał tym swoim uazem codziennie. Ale coś było nie tak. Ona cały czas mówiła, że nie chciała dzieci i zaszła w ciążę przez przypadek. Potem zostawiła dziecko i uciekła. Napisała, że się zrzeka i nie jest gotowa na dzieci. Możesz to sobie wyobrazić?!
– A dziecko?
– No, karmią z butelki, ale pielęgniarka wspominała, że lepiej by było przystawić do piersi. Tylko kto to zrobi? Każda ma swoje dziecko.
Podczas karmienia przyniesiono też dziewczynkę.
– Może ktoś ją nakarmi? Słabiutka jest – pielęgniarka spojrzała z nadzieją na młode matki.
– Proszę mi ją dać, szkoda dziecka – Marta delikatnie położyła śpiącego synka na łóżku i wzięła maleńką na ręce.
– O, jaka bielutka! I jaka maleńka! Nazwę ją Małgosią.
W porównaniu do silniejszego Jasia, dziewczynka była naprawdę drobna.
Marta przyłożyła ją do piersi, a maleńka z radością zaczęła ssać, ale po kilku minutach wypuściła sutek i słodko zasnęła.
– Mówiłam, słaba jest – zauważyła pielęgniarka.
I tak Marta zaczęła karmić dwoje dzieci.
Po dwóch dniach do sali weszła pielęgniarka i oznajmiła, że przyjechał ojciec dziewczynki i chciałby poznać kobietę, która karmi jego córkę. Tak Marta poznała kapitana straży granicznej, młodego mężczyznę średniego wzrostu o zdecydowanym spojrzeniu niebieskich oczu.
Dalszy rozwój wydarzeń personel szpitala, a potem całe miasto pamiętać będzie jeszcze długo, bowiem zakończenie tej historii było tak niezwykłe, że wartało zapamiętania.
W dniu wypisu Marty lekarze, pielęgniarki i salowe zgromadzili się na schodach przed szpitalem, gdzie stał uaz ozdobiony niebieskimi i różowymi balonami. Młody żołnierz w kapitańskiej czapce pomógł Marcie wsiąść do samochodu, w którym czekała już Paulina, i przekazał jej najpierw niebieską, a potem różową paczuszkę.
Zatrąbili na pożegnanie i samochód odjechał, znikając wkrótce za zakrętem.
Oto, jak różnie może ułożyć się życie – decyzje bywają nieprzewidywalne, ponieważ życie czasem przynosi niespodzianki, które trudno sobie wyobrazić…



