Taki już mój los – samotny i smutny w Boże Narodzenie i Nowy Rok.
Mam przyjaciela, którego znam od dziecka. Nazywa się Piotr. Chodziliśmy do jednego liceum, potem życie poprowadziło nas różnymi ścieżkami, ale kontaktu nie zerwaliśmy.
Piotr jest człowiekiem zamkniętym, nie lubi dużego towarzystwa, nie odwiedza nikogo i nigdy nikogo do siebie nie zaprasza.
Co roku, gdy zbliżają się święta, zapraszam go do nas – spędzić Boże Narodzenie przy wspólnym stole, wznieść toast przy uderzeniu zegara w Nowy Rok. Ale on zawsze grzecznie odmawia.
— To nie moje święta — mówi. — Nic w nich dla mnie nie ma radosnego.
Trudno mi było zrozumieć, jak można nie lubić Nowego Roku – czasu cudów, prezentów, śmiechu, spotkań z bliskimi.
Ale pewnego razu, po latach milczenia, opowiedział mi prawdę.
Prawdę, którą próbował stłumić przez wiele lat.
Dzieciństwo przepełnione strachem i alkoholem
W dzieciństwie Piotr nie znał rodzinnych i ciepłych świąt.
Jego ojciec pił.
Nie był to tylko pijący człowiek, który wieczorami przechadzał się na kieliszek czy dwa. Był alkoholikiem, który wydawał wszystkie pieniądze na alkohol, wracał do domu późno i w każdy dzień, czy to zwykły wtorek, czy Wigilia, zaczynał znęcać się nad rodziną.
Każdy wieczór zamieniał się w torturę.
— Wstawać! — rozkazywał, wchodząc do domu. — Powinniście zobaczyć, jak pan domu je kolację!
Piotr i jego mama wstawali i stali przy stole, podczas gdy ojciec z powagą jadł swój posiłek.
A potem zaczynał swoją ulubioną mowę:
— Pieniądze to proch! Są potrzebne, by się bawić! Jakie nowe buty?! Jakie książki?! I tak chodzisz do szkoły, nie będziemy jeszcze na takie bzdury tracić!
Wydawał wszystko do ostatniego grosza.
Kiedy nie pozostawało nic, przechodził do kolejnego etapu:
— Oddawaj, co chowasz! Wiem, że masz!
Matka Piotra próbowała odkładać pieniądze – na zeszyty dla syna, na jedzenie, na drobny prezent na Nowy Rok.
Ale ojciec odbierał wszystko.
Pił, aż przepijał wszystko do ostatniego grosza.
Święta bez cudów, Nowy Rok bez nadziei
Każde święta w domu Piotra wyglądały tak samo.
Na stole – kilka suszonych jabłek, parę kanapek, słoik kiszonych ogórków.
Matka i syn siedzieli w ciszy.
Czekali.
Czekali, że może ojciec wróci trzeźwy.
Że może przyniesie coś na świąteczny stół.
Że może powie: „Wesołych Świąt” czy „Szczęśliwego Nowego Roku”.
Ale wracał późno.
Zawsze pijany.
Zawsze z odorem alkoholu.
Zawsze z pustymi kieszeniami.
Wszystko, co było w kopercie z premią noworoczną, zostawiał w barze.
Tak było rok po roku.
I gdy umarł, nic się nie zmieniło.
Samotny człowiek z ciężkim sercem
Kiedy Piotr odszedł, matka żyła jeszcze kilka lat.
A potem odeszła i ona.
Został sam.
I zrozumiał, że nie chce rodziny.
Nie chce świąt.
Nie chce żadnej zabawy.
Nie chciał powtórzyć losu swojego ojca.
Nie chciał stać się kimś, kto zniszczy komuś życie.
Co roku, gdy wszyscy nakrywali stoły, wyciągali kieliszki, wymieniali się prezentami, Piotr uciekał.
Kupował bilet do innego miasta, wynajmował pokój w hotelu i siedział w nim sam.
Albo wyjeżdżał w góry, gdzie mógł słuchać trzaskania drewna w kominku i patrzeć w ogień.
Tam, przy ognisku, odnajdywał ciepło, którego nie znał w dzieciństwie.
Tam, w samotności, czuł się chociaż trochę wolny.
Tylko tam mógł oddychać…



