Ekspresowy manicure podczas przerwy na lunch.

Przerwa na lunch, wpadłam do fryzjera w Warszawie, żeby zrobić sobie manicure. W fotelu obok siedzi szczupła, ładna dziewczyna, lekko po trzydziestce, sądząc po akcencie – nasza rodaczka, układa sobie fryzurę i coś żywiołowo opowiada. Ze względu na szum suszarki mówi dość głośno – niechcący podsłuchuję…

Wpadłam na jej opowieść w środku, więc od środka zacznę, wybaczcie.
„Cały czas myślałam, co jej kupić na urodziny! Ona wszystko ma, niczym jej nie zaskoczę, jest piękna i sama wszystko sobie może kupić, w końcu jest prawniczką. Przyjaźnimy się już od siedmiu lat, jeszcze z uniwersytetu, ileż to prezentów nie przedałyśmy. No, nie kolejny szal, a chciałam, żeby się ucieszyła. Co byś podarowała osobie, która ma wszystko, Beatko?” – zapytała fryzjerkę. Fryzjerka się zamyśliła: „Może jakiś zestaw kremów, zawsze się przyda…”

„No właśnie, Beatko! Kręcę się po centrum, tutaj obok i nagle natykam się na sklep – taki elegancki, coś w stylu Victoria’s Secret. Wchodzę – a tam bielizna i różne akcesoria do życia osobistego. Wszystko bardzo przyzwoicie. Pomyślałam sobie – kupię jej w tym sklepie zestaw pachnących kremów, bo mimo że jest prawniczką, z życiem osobistym nie bardzo jej wychodzi. Wiesz przecież, jak kremy z zapachem przyciągają! Ale – nie tak szybko. W sklepie od razu podszedł do mnie taki przystojny facet – wysłuchał o kremach i pokazał inne akcesoria.

Nie wiem, Beatko, jak od kremów przeszliśmy do tego, sama nie rozumiem, nie pytaj, jakoś samo się stało… Krótko mówiąc, nie wiem, jak to się stało, namówił mnie do zakupu… wibratora!”
Cały salon fryzjerski umilkł. Beata wyłączyła suszarkę i mówi – zaraz ci nałożę olejek na końcówki włosów… Moja manicurzystka wyjęła wtyczkę z lampy do paznokci i powiedziała mi surowo – nie trzeba ich suszyć, same wyschną. Wszyscy się zgrupowali, bo pomieszczenie małe, przysunęłam krzesło jak najbliżej.

Od razu spodobał mi się taki duży, fioletowy, bardzo zaawansowany. Facet pokazał, jak działa. Nie myśl sobie – tylko powietrze machnął, jasne. Trochę głośno brzęczy, ale tak to super. Dużo programów.” Nikt w salonie nie udawał, że jest zajęty swoimi sprawami – wszyscy czekali z zapartym tchem.

„Do tego była ogromna aksamitna skrzynka i wielka instrukcja,” kontynuowała dziewczyna. „Kupiłam go, nazwałam Fioletowy Staś, ozdobiłam różowymi kokardami, zamknęłam oczy i podarowałam. No, co ma być, to będzie.”

Przyjaciółka była zachwycona. Nigdy takiego nie widziała. Uff! Zabrała go do domu. Pojechała, przechodzi przez zielony korytarz na lotnisku. Tam poproszono o przegląd torebki – przyciągnęła ich uwagę wielka skrzynka. Co masz w środku – zapytał groźnie celnik?

Zegarki, na pewno Rolex, Omega? Tourbillon? Jak się to nazywa? Na skrzynce dumnie widniała nazwa producenta. Jakichś takich zegarków nie znam, coś nowego?
Przyjaciółka się zawstydziła, zrobiło jej się gorąco: „Nie, nie zegarki… to… sprzęt domowy,” – wymamrotała ledwo słyszalnie.

Co to za sprzęt domowy w takiej skrzynce – zapytał celnik jeszcze groźniej? Opowieści mi tu nie snuj! Czajnik? Loki, czy co, haha?
Otwórz skrzynkę!

Co robić – otworzyła.
Wszyscy się ożywili. Celnik spiekł buraka. Ludzie stojący za nią w kolejce się pochylali, żeby zobaczyć. Mój fioletowy Staś naprawdę robił wrażenie!
Wypada go przejrzeć – celnik się nie poddał – a nóż coś w środku jest. Wyjmujcie z pudełka!

Okej, położyła go znowu na taśmie. I skrzynkę, i Stasia. Jechał smętnie i uroczyście po taśmie. I nagle – ku przerażeniu przyjaciółki, Fioletowy Staś wyjęty z pudełka, może od wibracji na taśmie, nagle ożył i z radością zabrzęczał! I tak brzęcząc, kręcąc się i przerzucając, pokazywał się w całej okazałości, pojechał na skan. Boże, zapadnij się pod ziemię – modliła się w duchu przyjaciółka.
Zebrała się mała tłuszcza. Młody człowiek stojący za nią gorąco wyszeptał jej w kark:
– Po co ci to, mogę zrobić to lepiej. I mogę nawet brzęczeć.

W tej chwili prosto w ręce celnika wrócił przez skaner radośnie wirujący i brzęczący Fioletowy Staś. Migał teraz przyjaźnie światełkiem, które też miał wbudowane. Przyjaciółka usłyszała za sobą głośny rechot. „Co to jest? Ucisz go w końcu! Zabieraj swoje ustrojstwo”, – wrzasnął zdenerwowany celnik.

Ogólnie rzecz biorąc, czerwona i spocona, ledwie się wydostała z tłumu ze swoją otwartą skrzynką, do której nie mogła znowu zapakować Fioletowego Stasia. Taki wystawał fioletowym nosem. Spod aksamitnej pokrywki. Czuła się bardzo popularna z młodym facetem, który chętnie by brzęczał obok niej. Aby się od niego odczepić, wymienili się telefonami.

„Nie podwieźć cię?” – zapytał inny pasażer, stojący za nią. Mój kierowca czeka… nie spieszy ci się, schowasz… go, poczekam.
Przygody Fioletowego Stasia w mieście się na tym nie skończyły.

Dzwoni do mnie dwa dni później z pretensją – twój Staś nie działa. Jak to nie działa? – oburzyłam się za Fioletowego Stasia. Pierwsze, co mi przyszło na myśl – może stał się impotentem – leżał kilka miesięcy w sklepie bez użytku, może u nich jest tak samo jak u ludzi – jak nie potrzebny, to i zapomina, jak to działało.

Może go oddać do serwisu? Gdzie?!
Poleciłam, by poszła do Sławka w serwisie, mam takiego – złota rączka – właśnie do niego powinna pójść.

Poszła do Sławka. Sławek też się ożywił. W ogóle byłam dumna z mojego Fioletowego Stasia – od razu wzbudzał ludzi radość i chęć życia!
Oczy Sławka rozbłysły, mówi – zostawcie go na parę godzin, a pani taka piękna jest, naprawiam lodówki i odkurzacze, i żyrandol mogę powiesić – macie w domu wszystko w porządku ze sprzętem, mogę podjechać, tylko dajcie znać.
Ogólnie rzecz biorąc, póki naprawiali Stasia (okazało się, że potrzebował innej przelotki) moja przyjaciółka zdobyła mnóstwo adoratorów, a Staś tak czy inaczej pozostawał bez zajęcia.

W fryzjerskim salonie wszyscy się zastanowili… Zapadła cisza. Znowu szum suszarki, lampa do paznokci – wszyscy wrócili do swoich zajęć.
– A gdzie, mówisz, sklepik? – zapytała jedna z klientek cicho…

Rate article
Fajna Tajna
Ekspresowy manicure podczas przerwy na lunch.