To wydarzyło się pięć lat temu. Moja sąsiadka, pani Wera, pochowała swojego męża, kombatanta wojennego, i została całkiem sama. Nie mieli dzieci. Starsza kobieta często wspominała swojego Mietka.
Pobrali się tuż przed wojną. Potem mąż poszedł na front, a wierna Wera czekała na niego. Mietek wrócił żywy, lecz bez lewej dłoni. Kochał swoją żonę i bardzo ją cenił. Przysięgał, że zawsze będzie ją chronić przed nieszczęściem, ale nie dotrzymał obietnicy. Zmarł, zostawiając ją samą!
Dokładnie w rocznicę śmierci męża u niej zamieszkał wielki czarny kot. Pojawił się w nocy, jakby znikąd, i żałośnie miauczał pod drzwiami. Zamieć szalała, a wiatr wył za oknem, ale jakoś pani Wera usłyszała to miauczenie. Wyszedłszy na dwór, ujrzała nieznajomego kota. Zlitowała się nad biedakiem i wpuściła go do domu, stawiając miseczkę z mlekiem.
Jednak odrzuciwszy jedzenie, z dumą i niezależnością przeszedł się po pokojach. Dokładnie obejrzawszy dom, wybrał sobie miejsce na poduszce, zamruczał i natychmiast zasnął.
Pani Wera z jakiegoś powodu nie zdecydowała się go wyrzucić i zasnęła obok. Rano przyjrzała mu się uważniej. Zadbany i dobrze odżywiony, wcale nie przypominał bezdomnego! Czarny jak smoła, z zielonymi oczami i bardzo pewnym siebie wyglądem. A jeszcze jedna ważna rzecz: na lewej przedniej łapce brakowało mu palców, jakby ktoś je oderwał. „Całkiem jak u mojego Mietka!” – zaszlochała staruszka.
Kot skoczył jej na kolana i zamruczał. „Trzeba ci jakoś dać na imię… Może, ty jesteś Witek?” – głaszcząc delikatnie zwierzaka i drapiąc za uchem, zapytała właścicielka. Kot drgnął i popatrzył na panią Werę w taki sposób, że była bardzo zaskoczona.
OCZY MIAŁ LUDZKIE! NIE „JAK LUDZKIE”, ALE NAPRAWDĘ LUDZKIE!
„Rozumiem, ‘Witek’ ci się nie podoba. Może zatem Tadzik? Dobre imię!” – szybko dodała.
Kot niezadowolony zamiauczał, zeskoczył z kolan, warknął i zaczął skoncentrowanie drapać tapicerkę kanapy.
„No dobrze, dobrze. Nie będę na razie nadawać ci imienia. Będziesz po prostu Kotem. Tylko zostaw kanapę w spokoju” – poprosiła grzecznie starsza kobieta.
Mruknąwszy coś niezrozumiałego, Kot spełnił jej prośbę i dumnie oddalił się do izby.
Tak więc zaczęli żyć razem: pani Wera i Kot. Odwiedzałam starszą kobietę dość często, a ona opowiadała mi o swoim Kocie niesamowite rzeczy!
Po pierwsze, Kot leczył ją. Po śmierci męża pani Wera przeszła zawał serca, a serce często ją raniło. Ale wystarczyło jej się położyć, a Kot zaraz się pojawiał. Kładł się swoim miękkim i ciepłym ciałem na jej piersi, mruczał i zasypiał. Ból odchodził, jakby go nigdy nie było!
Pewnego dnia zdarzył się dziwny przypadek. Pani Wera położyła się, a Kot przytulony do niej, słodko mrucząc, zasnął. Ktoś zapukał do drzwi. Wstając, gospodyni poszła otworzyć. Kot za nią. To był Witek, miejscowy pijak i awanturnik. Wciskając nogę w drzwi i przeklinając, zażądał od pani Wery pieniędzy na wódkę. Staruszka próbowała odmówić, ale łotr stawał się coraz bardziej bezczelny. Doszło do tego, że obraził ją i zhańbił pamięć jej zmarłego męża.
W tym momencie Kot nagle warknął i rzucił się na napastnika. Witek go odepchnął, ale Kot znów się rzucił i prawie wgryzł mu się w gardło. Przeklinając, Witek ustąpił i odszedł. A Kot, patrząc znacząco na swoją panią tymi LUDZKIMI oczami, wysoko zadarł ogon i z poczuciem spełnionego obowiązku oddalił się do pokoju.
Pewnego razu pani Wera postanowiła pojechać do urzędu w sprawie drewna i poprosiła mnie, abym jej towarzyszyła. Do miejscowości jechaliśmy autobusem. Zgodziłam się, porozumiałam w pracy i rano przyszłam po nią. Starsza kobieta siedziała na łóżku w domowym ubraniu, wyglądała na zagubioną i niepewną.
„Pani Wero, dlaczego pani nie jest gotowa? Proszę się zbierać, może dotrzemy autostopem” – zarządziłam.
„Irena, nie pojadę. Przepraszam” – powiedziała cicho.
„Dlaczego?”
„Nie wiem, jak to powiedzieć… Tylko się nie śmiej… Kot mi nie pozwala jechać”.
„Żartuje pani?! Wziąłem dzień wolny z pracy, a pani mówi o jakimś kocie! Proszę się zbierać!” – oburzyłam się gniewnie.
„Słuchaj, Irenko. Przygotowałam wszystko wieczorem, położyłam się spać. We śnie kot do mnie mówi. Oczywiście, jak teraz ty… Patrzy na mnie i mówi: ‘Zostań w domu, Wera. Nie możesz jutro jechać’.”
Język mi odjęło! Nie chodzi nawet o to, że kot mówił! Nazywał mnie Werą! Werą! Rozumiesz? Tylko mój Mietek tak do mnie mówił! A kot miał głos identyczny jak Mietek!
A kot tymczasem zaczął śpiewać piosenkę. Tę, którą Mietek uwielbiał: ‘Przez dzikie pola Syberii, gdzie złoto wydobywają w górach…’ Pamiętasz, Weruś, śpiewałem ją, kiedy szedłem na front?’
Znalazłam w sobie siłę, żeby zapytać:
‘Mietek, to naprawdę ty?!’
‘A KOGO INNEGO SIĘ SPODZIEWASZ?! WIDZĘ, JAK CI CIĘŻKO SAMOTNIE, WIĘC WRÓCIŁEM…’
Więc, Weruś, nie martw się i jutro zostań w domu. I tak nic dobrego ci tam nie powiedzą. Drewno przywiozą za tydzień. Przekaż Luśce, żeby zrezygnowała z operacji. Nie przeżyje jej.’
Potem się obudziłam…”
Mówiąc, że byłam w szoku, nic nie mówić! Milczałam przez dłuższą chwilę, łapiąc powietrze jak ryba. Potem mnie olśniło: „Pani Wero, jak się pani czuje? Może wezwę karetkę? Pewnie podskoczyło ciśnienie.”
„Lepszego dnia nie mogłam sobie wyobrazić, Irenko! Rozmawiałam z moim kochanym Mietkiem!” – odpowiedziała uśmiechając się przez łzy.
Sprawdziłam ciśnienie. Niesamowite, ale było w normie!
Od tego momentu pani Wera zaczęła nazywać swojego kota Mietkiem. Co dziwne, od razu reagował na to imię!
Wkrótce przewidywania pani Wery (lub może Kota?) zaczęły się spełniać. Autobus, którym mieliśmy jechać do miasta, w ten sam dzień omal nie przewrócił się. Była gołoledź, autobus wpadł w poślizg, a kierowca stracił panowanie. Na szczęście nikt nie zginął, ale wielu zostało rannych.
Przypadek? Może. A dokładnie po tygodniu dostarczyli pani Werze drewno…
Sąsiadka poprosiła mnie, żebym zadzwoniła do Ludwiki, siostrzenicy Mietka, by zrezygnowała z planowanej operacji. Ale ona nie posłuchała i zmarła na stole operacyjnym…
Kolejny przypadek? Wątpię. Tak więc żyli razem: pani Wera i jej kot Mietek. Wciąż ją leczył i chronił. Był przy niej aż do końca jej życia…
Pani Wera dożyła 94 lat. Zmarła w zeszłym roku. Do ostatniej chwili była na nogach i zawsze martwiła się o swojego Mietka. Obiecałam jej, że będę się o niego troszczyć, jeśli coś by się jej stało. Odeszła cicho, we śnie, bez cierpień.
Pamiętam, jak kot opłakiwał swoją panią. Był już niemłody, a jego kiedyś piękna czarna sierść posiwiała. Przez wszystkie trzy dni, przez które trumna z ciałem gospodyni stała w domu, Mietek nie odstępował od niej na krok. WIDZIAŁAM, JAK Z OCZU CIEKŁY MU ŁZY!
Kota wyganiali, przeganiali, ale jakoś nie wiadomo jak wracał do trumny i płakał.
Mietek towarzyszył swojej pani do grobu i kiedy ją pochowano, został tam. Próbowałam złapać biedaka, żeby zabrać go do siebie, ale uciekł… Kot pozostał na cmentarzu, na grobie pani Wery i jej męża. Nie chciał pójść ze mną, a ja odwiedzałam go codziennie i dokarmiałam.
Bardzo się martwiłam, jak kot przetrwa zimę, i próbowałam zabrać go do siebie siłą. Udało mi się to raz, ale tego samego dnia uciekł i znalazłam Mietka na cmentarzu.
Zima była surowa, ale kot przeżył ją. Umarł wczesną wiosną. Jak zwykle przychodząc nakarmić Mietka, znalazłam go na grobie. Zwinięty w kłębek obok krzyża pani Wery, wydawał się chronić jej spokój… Nie jestem pewna, czy Mietek był zwykłym kotem, czy rzeczywiście w niego wcieliła się dusza zmarłego Mietka…
Dziś dużo mówi się o reinkarnacji, że w następnym życiu człowiek może stać się kimkolwiek, nawet kotem. Nie wiem, czy to możliwe. Ale dziwnie się uśmiecham, myśląc, że w ciele kota mieszkała dusza Mietka. Wrócił do swojej ukochanej Wery, by chronić ją i ratować…
I był przy niej do samego końca, jak obiecał…



