– Składam pozew o rozwód – oznajmiła Zofia.
Marek w tym czasie z zapałem oglądał mecz piłki nożnej i… nie zareagował w żaden sposób na słowa żony.
Zofia podeszła i wyłączyła telewizor.
– Co ty robisz?! Oszalałaś?! – krzyknął Marek, po czym opanował się, zrobił wysiłek i powiedział pojednawczo:
– Przepraszam. Po prostu to był bardzo ważny moment.
– Jestem pewna, że nie ważniejszy od tego, co powiedziałam.
– A co powiedziałaś? – zmieszał się mąż, zdając sobie sprawę, że jak zawsze puścił słowa żony mimo uszu.
– Składam pozew o rozwód.
Marek wytrzeszczył oczy:
– Jak to „o rozwód”? Dlaczego? Myślałem, że u nas wszystko w porządku.
– Tobie się wydawało.
– Zaczekaj… Wczoraj byliśmy w teatrze, przedwczoraj przyniosłem kwiaty, w zeszłym tygodniu byliśmy w kinie. Wszystko jak lubisz…
– Tak, ale to wszystko po raz pierwszy w ciągu siedmiu lat małżeństwa. I nawet wiem, dlaczego.
– Dlaczego niby?! – Marek zaczynał się złościć.
– Bo posłałam dzieci do przedszkola, zaczęłam pracować, chodzić na siłownię, do salonu piękności, zmieniłam styl, znalazłam nowych przyjaciół.
– Co to ma do rzeczy?
– A to ma! Nagle zauważyłeś, że interesuję innych, że mężczyźni zwracają na mnie uwagę, że już cię nie potrzebuję jak dawniej.
– To bzdura…
– Nie, Marku, to nie bzdura. Inaczej byś się nie przestraszył, nie zacząłbyś kręcić się wokół mnie, starać się, nie patrzyłbyś mi w usta, nie przynosił kwiatów. O kinie i teatrze nie wspomnę. Dla ciebie to prawdziwy wyczyn!
– Starałem się… Chciałem ci zrobić przyjemność… Poczekaj, nadal nie rozumiem: z tego powodu postanowiłaś się rozwieść?
– Tak. Nie chcę tak dłużej żyć. Teraz tylko udajesz kochającego męża, a gdzie byłeś, gdy byłam w ciąży, gdy rodziłam dzieci, gdy nie spałam w nocy? Nigdy mi w niczym nie pomogłeś! Byłeś w naszym życiu symbolicznie. Przychodziłeś, jadłeś, spałeś. Mogę policzyć, ile razy wziąłeś dzieci na ręce!
– Przecież pracowałem! – Marek aż podskoczył z oburzenia – żeby was utrzymać!
– Pracowałeś, nie zaprzeczam. Ale przecież utrzymywałeś nie tylko nas, ale i siebie. I miałeś weekendy, które wolałeś spędzać z przyjaciółmi.
– Mam do tego prawo!
– Ja nie miałam wolnych dni – kontynuowała Zofia, nie zwracając uwagi na jego słowa – choć dzieci… to też twoje. Ale ciebie to interesowało najmniej. I wciąż słyszę twoje słowa: dałem ci pieniądze, czego jeszcze chcesz? A ja chciałam… Chciałam, żeby obok był ktoś bliski, zaufany. Żeby wsparł. Nie tylko materialnie, ale i emocjonalnie. Żeby pocieszył, w końcu.
Ale tobie nie o to chodziło. Żyłeś swoim życiem, w którym nie było ani mnie, ani naszych dzieci…
– Nie przesadzaj.
– Nie przesadzam. Czy wiesz, do jakiego przedszkola chodzą? Dojeżdżamy tam czterdzieści minut. Rano! Komunikacją miejską! A ty jedziesz do pracy sam samochodem jak panisko. I masz dwadzieścia minut drogi. Ale nawet raz nie zaproponowałeś, że zabierzesz dzieci do przedszkola.
– Nie prosiłaś – mruknął Marek.
– Dlaczego miałabym prosić? Są rzeczy, o które kochającego męża i ojca się nie prosi. To jest oczywiste. Ale nie w twoim przypadku, bo o miłości tu nie ma mowy. Nigdy jej nie było…
– Zrobisz ze mnie potwora…
– Nie, Marku, nie jesteś potworem. Jesteś po prostu dla mnie zupełnie obcym człowiekiem. Stałeś się obcy… Albo byłeś od zawsze.
– A co z dziećmi? Co im powiesz? Jak wytłumaczysz?
– Och, no już! – zaśmiała się Zofia – przecież dopiero od niedawna rozpoznają cię na ulicy! Więc z tym nie będę miała problemu.
Marek nie wiedział, co odpowiedzieć. W pewnym sensie Zofia miała rację, ale i jego można było zrozumieć: on – mężczyzna, ona – kobieta powinna znać swoje miejsce, zajmować się domem, dziećmi. Ojciec Marka zawsze tak mówił. I matka się zgadzała. A Zofia jakoś nie jest zadowolona…
– A jak zamierzasz żyć z jedną pensją z dwójką dzieci? – zaatakował Marek – ja nie dam ani grosza!
– Dasz – spokojnie odpowiedziała Zofia – alimentów nikt nie anuluje. I majątek, który zdobyliśmy przez siedem lat, podzielimy w sądzie. Choć nie ma go dużo, ale mimo wszystko. Lodówka jest nam potrzebniejsza z dziećmi niż tobie. A z racji tego, że cię znam, jestem pewna, że właśnie o nią się przyczepisz, by zrobić najwięcej szkody. Więc wszystko będzie przez sąd. Dobrze, że nie mamy mieszkania. Możesz tu zostać. A ja z dziećmi wynajmę inne – przy tej ostatniej frazie Zofia zrobiła przerwę, mając nadzieję, że Marek nie zgodzi się i powie, że to on wynajmie nowe mieszkanie, a żona z dziećmi zostanie tam, gdzie są przyzwyczajeni… Ale Marek nic takiego nie powiedział – …już znalazłam coś odpowiedniego niedaleko przedszkola.
– No to idźcie! – Marek nie mógł już spokojnie słuchać Zofii – myślisz, że kim jesteś? Cała strategia przemyślana?! Niczego nie zapomniałaś?! A samochód? Jego ci nie oddam!
– Nawet nie proszę – uśmiechnęła się Zofia – nie potrzebuję go.
– A czemu nagle taka hojna?! – Marek nie mógł się zatrzymać – samochodu ci nie potrzeba! Co, nowym jeździsz?! No, przyznaj się: od jak dawna rogi mi rosną?! Coś za odważna się stałaś!
– Nie zaskoczył mnie – Zofia była całkowicie spokojna – wiedziałam, że usłyszę coś takiego.
– Zrozum w końcu – Marek podszedł do żony, chwycił ją za ramiona i potrząsał – komu jesteś potrzebna z dwójką dzieci?! A może… zapomnijmy o wszystkim, co powiedziałaś? Będziemy żyć razem jak dawniej. Poprawię się, przysięgam!
– Jak dawniej? Nie, dziękuję – odpowiedziała Zofia – nie ma takiej możliwości.
– Ale dlaczego?! – Marek przestał krzyczeć, on teraz dosłownie ryczał na całe gardło.
– Bo przestałam cię kochać…
Marek zmieszał się, w padł w panikę i nagle, jakby zrozumiał, że dalsze rozmowy są bezcelowe, zgodził się:
– Skoro tak – składaj pozew o rozwód.
Rozwód nastąpił po pół roku, jak planowała Zofia.
Teraz mieszka z dziećmi niedaleko przedszkola i jej poranki w dni robocze są znacznie spokojniejsze.
A w weekendy – jest wolną kobietą! Bo były mąż bierze dzieci do siebie! Zabiera je na miasto, siedzi z nimi w domu, bawi się z nimi w różne gry. Nawet sam gotuje!
I kto zrozumie tych mężczyzn?
Póki żonaty – ani żona, ani dzieci nie są potrzebne. Uważa za coś oczywistego.
Jak się rozwiedzie – znajdzie czas dla dzieci i prawie że staje się najlepszym ojcem na świecie…



