Wredny Kocie, natychmiast się tu zjaw!

— Feliks! Ty hultaju, czarcie jeden! Chodź tu natychmiast!!!

Babcia Genia z przyzwyczajenia zamiatała z podłogi stłuczony kubek i dalej karciła Feliksa, z góry wiedząc, że ten do jutra rano nie pokaże się jej na oczy. Kiedyś, gdy Feliks był jeszcze młody i nierozgarnięty, przybiegał na krzyki babci. Ale po tym, jak kilka razy dostał ścierką i miotłą na tyłek, zmądrzał. Teraz po tonie i sile decybeli bezbłędnie określał poziom zagrożenia. Wiedział, kiedy można się pokazać wieczorem, a kiedy lepiej poczekać dwa–trzy dni.

Tym razem, goniąc za myszą, przypadkowo strącił ze stołu zapomniany kubek. Poprzednim razem rozsypał worek z kaszą, a wcześniej było jeszcze mnóstwo drobnych nieporozumień. Wszystko to przez wredne myszy. Ale babcia Genia jakoś zawsze rzucała winę na Feliksa, choć, prawdę mówiąc, to nie była jego wina. On po prostu wykonywał swoją pracę i sumiennie raportował, przynosząc babci na wycieraczkę uduszone myszy, krety i szczury.

Rano, budząc się i widząc kolejny „raport”, babcia Genia żegnała się krzyżem i zaczynała swoją starą piosenkę:

— Feliks! Ty łobuzy! Dlaczego znów mi to do łóżka przynosisz? Wyrzucę cię, czarcie!

A kiedy zobaczyła stłuczony kubek, gniewała się jeszcze bardziej. Jednak prawdę mówiąc, w towarzystwie zawsze chwaliła swojego kota. Mówiła, że najlepszy myszołap, czyscioch i do tego jeszcze przytulny. Feliks starał się nie zawieść jej i z oddaniem pilnował niewielkiego zbioru ziemniaków babci. Inaczej myszy w piwnicy zniszczyłyby całą marchew i kartofle, a i kaszą by nie pogardziły.

Stłuczoną zastawę i inne niemiłe sytuacje Feliks filozoficznie traktował jako nieuniknione straty towarzyszące jego pracy.

Tego wieczoru babcia Genia nalała do miseczki mleka i długo wołała kota, ale ten gdzieś zniknął i uparcie nie przychodził:

— Kici-kici, Feliksie, gdzie się podziewasz? Mleko skwaśnieje. No, trudno z tobą…

Babcia postanowiła usmażyć sobie ziemniaki na kolację. Otworzyła klapę do piwnicy i, stękając, zeszła po schodach. Zgięta w pół, mrużąc oczy, doszła do kątka z ziemniakami. Kiedy jej oczy przyzwyczaiły się do półmroku, zauważyła Feliksa.

Oddychał z trudem. Jego przednia prawa łapa była opuchnięta, dwa razy grubsza od lewej. Obok na ziemniakach leżała wielka martwa żmija.

— Boże mój! — zawołała babcia Genia, wyobrażając sobie, jak w jej rękę wbijają się jadowite zęby. Już na samą myśl skoczyło jej ciśnienie i serce zaczęło bić nieregularnie. — Feluś, zbawco mój. Umrzeć chcesz? Już, już. Wytrzymaj. Ach, ty łobuzie, jak cię to spotkało. Jak ja teraz bez ciebie?

Podnosząc kota, babcia Genia wyszła z piwnicy, chwyciła torebkę z portfelem i wprost w kapciach pobiegła do sąsiada.

— Paweł! Paweł! Pomóż! Szybko zawieź mnie do miasta.

— Co się stało, babciu Geniu? Czemu tak się spieszysz o tej porze?

— Muszę do weterynarza. Feliksa żmija ugryzła. Zawieź mnie, proszę, zapłacę za benzynę i za kłopot.

— Dobrze, babciu Geniu. Powiem żonie i jedziemy.

Przed kliniką weterynaryjną babcia Genia wysiadła z samochodu. Ciągle jęczała i lamentowała, trzymając kota, który ciężko oddychał i bezwładnie wisiał, szybko weszła do recepcji.

— Córunia, — zwróciła się do dyżurującej. — Pomóż, proszę. Uratuj Feliksa, bo nie mam nikogo oprócz niego.

Jedno spojrzenie na biednego kota wystarczyło, by natychmiast postawić diagnozę.

— Żmija? Kiedy był ukąszony?

— Dziś. Dokładnie nie powiem. Znalazłam go w piwnicy i od razu do was przyjechałam.

— Szybko pod kroplówkę.

Feliks został zabrany.

Po około dwudziestu minutach lekarz wrócił do poczekalni i zwrócił się do babci Geni:

— Musimy wypełnić dokumenty. Pani jest właścicielką? Jak się pani nazywa?

— Janina Nowakowska.

— Dobrze, jak ma na imię kot? Ile ma lat?

— Feliks, chyba ma sześć. Proszę, uratujcie go. Z Feliksem i porozmawiam, i film obejrzę, i zimą z nim cieplej. Gdzie jeszcze takiego myszołapa znajdę? Jeszcze mnie przed żmiją uchronił.

Babcia Genia rozpłakała się.

— Proszę się uspokoić. Zrobimy wszystko, co w naszej mocy. Będzie musiał zostać u nas na noc. Proszę przyjechać jutro, wtedy będzie jasne, co i jak.

— Córunia, powiedz, a drogo to będzie?

— Proszę się nie martwić. Zapłaci pani tylko za leki. Jestem pewna, że wszystko będzie dobrze. Kot u pani to prawdziwy bohater! Wyjdzie z tego.

— A jak pani na imię?

— Maria Kowalska.

— Niech Bóg pani błogosławi, Marysiu.

W samochodzie babcia Genia zapytała Pawła:

— Paweł, mógłbyś mnie jutro z rana tu zawieźć?

— Babciu Geniu, jutro o siódmej jadę do pracy…

— To pojadę z tobą.

— Ale klinika jest czynna od dziewiątej.

— Nic nie szkodzi, poczekam.

— No dobrze. Podjadę rano.

Następnego dnia Maria Kowalska, idąc do pracy, zobaczyła na ławce przed kliniką wczorajszą klientkę. Stara babcia z nadzieją wstała, idąc jej na spotkanie:

— Jak się mój kocur ma?

— Zaraz zobaczymy.

Po pół godzinie babcia Genia, przytulając kota, szła na przystanek autobusowy, głaskała Feliksa po głowie i mówiła:

— No, Feliks, Marysia powiedziała, że za trzy dni będziesz jak nowy. Kupię ci śmietany. Nie takiej z sklepu, ale prawdziwej, wiejskiej i kiełbasy. Zasłużyłeś. Tylko żyj długo, ty mój łobuzie!

Rate article
Fajna Tajna
Wredny Kocie, natychmiast się tu zjaw!