– Kowalska, śniadanie. – Salowa wjechała do sali z wózkiem. Kasia uchyliła oczy i niechętnie odwróciła głowę w stronę drzwi.
– Nie chcę. Dziękuję. – Odpowiedziała.
– No, no, panienko, musisz nabierać sił. – W ślad za salową wszedł lekarz.
Kasia milczała. Salowa szybko postawiła na szafce talerz z owsianką i szklankę herbaty. Szepnęła:
– Jedz, no już, Filip Wojciechowicz ma rację. – I równie pośpiesznie opuściła salę.
– Jak nastroje? Wiosenne? – Filip Wojciechowicz uśmiechnął się.
– Nie do końca. – Odpowiedziała Kasia posępnie, odwracając się do okna.
– To dobrze. – Kontynuował lekarz, nie zwracając uwagi na ton pacjentki. – Operacja zaplanowana na jutro. – Już bardziej poważnie poinformował.
– Szanse zwiększą się? – Zapytała Kasia, odwracając się.
– Bez wątpienia. Chociaż o pełnym powrocie do zdrowia na razie się nie mówi. – Przyznał Filip Wojciechowicz.
– Będę mogła chodzić? – Kasia się napięła.
– Nie chcę dawać fałszywej nadziei… – Po krótkiej pauzie odpowiedział Filip Wojciechowicz. – Trzeba jednak wykorzystać wszystkie szanse.
– Rozumiem… – Kasia znów odwróciła się do okna. Kiedy Filip Wojciechowicz wyszedł, nie zauważyła. Nie słyszała też, jak za oknem już wiosennie ćwierkały ptaki.
Wypadek był straszny. Za kierownicą siedziała przyjaciółka Kasi, Ania. Próbując uniknąć zderzenia, Ania gwałtownie skręciła kierownicę, auto obróciło się na śliskiej drodze, a kolizji nie udało się uniknąć. Główne uderzenie przyjęła strona pasażera. Kasia odzyskała przytomność dopiero w szpitalu. Jak się później dowiedziała, Ania ucierpiała mniej, złamała rękę, miała wstrząśnienie mózgu. U Kasi złamało się kilka żeber, miała otwarte złamanie nogi, a co najważniejsze, uszkodzony kręgosłup. Prognozy były mało optymistyczne, szanse na to, że Kasia znów będzie mogła chodzić, były minimalne. Dla kogoś innego radością mogło być już samo pozostanie przy życiu, ale dla Kasi świat przestał istnieć w jednej chwili. Taniec był dla niej wszystkim: życiem, zarobkiem, inspiracją. Ruch był dla niej jak dla innych powietrzem. I co teraz?
Dodatkowym ciosem była reakcja Bartka. Spotykali się już dwa lata, a niedawno Bartek oświadczył się Kasi. Dwa tygodnie temu, gdy Bartek siedział tutaj, w sali obok Kasi, zrozumiała bez słów, że ślubu nie będzie. Gdy opowiedziała Bartkowi o przewidywaniach lekarzy, długo siedział w milczeniu, patrząc w podłogę, po czym niepewnie powiedział:
– Powinnaś myśleć pozytywnie. Wszystko się ułoży.
Przez następne trzy dni się nie pojawił. Potem przysłał krótką wiadomość: „Przepraszam. Nie dam rady.” Wewnątrz zerwała się ostatnia nić nadziei. Kasia już nie płakała, szklanymi oczami patrzyła w biały sufit i wyobrażała sobie, że teraz ten sufit się zawali i wszystko się skończy.
Mama, gładząc Kasi rękę, starała się pocieszyć, próbowała się uśmiechać, powtarzała, że nie wszystko stracone, że trzeba walczyć, że będą walczyć razem. Ale Kasia widziała, że oczy mamy były czerwone od łez, które wylała po wyjściu z sali. Filip Wojciechowicz, lekarz prowadzący, też ciągle powtarzał, że trzeba walczyć.
– Po co? – Pewnego razu zapytała Kasia.
– By być szczęśliwą. – Odpowiedział Filip Wojciechowicz.
– Już nigdy nie będę szczęśliwa. – Odpowiedziała Kasia. Filip Wojciechowicz spojrzał na nią uważnie:
– Będziesz na pewno. Ale to zależy bardziej od ciebie niż od innych. Nie mam wielkiego doświadczenia, ale wiesz, spotykałem ludzi, którzy pokonywali, wydawałoby się, niemożliwe, zostawiali w szpitalnych salach nawet nieuleczalne choroby, bo chcieli żyć, chcieli cieszyć się życiem, chcieli być szczęśliwi.
Kasia nie odpowiedziała. Nie chciała żyć. Nie chciała tak żyć. Jakie więc może być szczęście? – zapytałaby doktora, ale postanowiła nie kontynuować tej rozmowy. W końcu lekarze chyba mają w zwyczaju dodawać otuchy pacjentom.
– Nie śpisz? – Filip Wojciechowicz delikatnie uchylił drzwi, wpuszczając do ciemnej sali pas światła.
– Nie śpię. – Odpowiedziała Kasia, nawet nie zauważając, że doktor zwrócił się do niej na „ty”.
– Martwisz się? – Zapytał, siadając na krześle przy oknie.
– Nie. – Kasia wzruszyła ramionami.
– Możesz sobie wyobrazić, że nie było wypadku. I minęło dziesięć lat. Jaka byłaby twoja przyszłość? – Zapytał Filip Wojciechowicz, patrząc nie na Kasię, ale na okno.
– Nie wiem. Może nadal bym występowała. A może już nie występowała, a córkę na tańce prowadziła. – Kasia nawet lekko się uśmiechnęła, ale potem przypomniała sobie, że ślub jej nie wyszedł. – Wie pan, a on mnie zostawił. Jak tylko się dowiedział, odszedł.
– Kto? – Filip Wojciechowicz już znał odpowiedź. – Myślisz, że cię kochał?
– Nie wiem. – Kasia znów wzruszyła ramionami. – Może to tylko w romantycznych filmach miłość jest tak silna, że są gotowi iść za ukochaną w ogień i wodę, a w życiu tylko obiecują gwiazdkę z nieba przynieść, a w rzeczywistości… – Kasia urwała. Filip Wojciechowicz przecież też był mężczyzną. I to całkiem młodym i przystojnym, jak właśnie zauważyła Kasia. Pewnie ma żonę albo dziewczynę i zupełnie inaczej się do niej odnosi. Na pewno by nie zrezygnował w takiej sytuacji. Chodzi przecież, nawet ją, całkiem nieznajomą osobę wspiera.
– No dobrze, Kowalska, śpij. Gwiazdy z nieba i dla ciebie się znajdą. – Filip Wojciechowicz wyszedł. Kasia spojrzała przez okno. Fragment nieba usiany gwiazdami rzeczywiście było widać. „Ach, gdyby teraz gwiazda spadła” – pomyślała Kasia, ale gwiazdy nie spadały, przynajmniej żadna nie spadła, póki Kasia nie zasnęła.
– Jak się czujesz? – Filip Wojciechowicz stał naprzeciwko łóżka Kasi. – Piotr Stępkowski powiedział, że operacja poszła dobrze.
– Pewnie. Tylko nóg nadal nie czuję. – Kasia westchnęła.
– Spójrz, co ci przyniosłem. – Filip Wojciechowicz podał Kasi małe pudełeczko. Kasia otworzyła i uśmiechnęła się. Pudełko było pełne błyszczących maleńkich gwiazdek-konfetti. – Jeśli będziesz pracować sumiennie, samemu dojdziesz do prawdziwych gwiazd. – Obiecał doktor.
Rehabilitacja była długa, męcząca i, wydawało się Kasi, nie przynosząca korzyści. Filip, teraz Kasia nazywała go po imieniu, często do niej zaglądał. Rozmawiali jak starzy przyjaciele, poruszali najróżniejsze tematy. Filip potrafił odciągnąć Kasię od ponurych myśli, a ona zaczynała nawet wierzyć jego słowom, że wysiłki nie pójdą na marne.
– Jak dzisiaj? – Filip wszedł do sali po codziennych ćwiczeniach Kasi, podczas których pielęgniarka próbowała ożywić „drewniane” nogi.
– Normalnie. – Kasia rozłożyła ręce.
– Bzy zakwitły. – Filip podał Kasi skrytą za plecami puszystą gałązkę. Kasia wciągnęła świeży, łaskoczący nos zapach. A potem z dziecięcym uniesieniem zaczęła szukać kwiatka z pięcioma płatkami.
– I tu nic. – Kasia nadęła wargi i podniosła oczy.
– A tu? – Filip podał Kasi kolejne pudełeczko. Uśmiechnęła się, oczekując następnej porcji gwiazdek. Ale kiedy otworzyła pudełko, na chwilę zamarła. Na małym pierścionku, w promieniach słońca, połyskiwała całkiem inna gwiazda – mały kamień.
– Czy zostaniesz moją żoną? – Zapytał Filip, gdy Kasia przeniosła wzrok z pierścionka na niego. Kasia milczała. Filip z niepokojem wypuścił powietrze i usiadł na łóżku.
– Usiadłeś mi na nogę… – Cicho powiedziała Kasia. – Usiadłeś mi na nogę! – Już głośno krzyknęła i roześmiała się. – Usiadłeś na nogę! Czuję! Czuję nogę!
Filip zerwał się i też się roześmiał. I wtedy Kasia rozpłakała się. Uśmiechała się, ale łzy spływały jej po policzkach.
– Co się stało? Boli? – Martwił się Filip. Kasia potrząsnęła głową:
– Pamiętasz, jak powiedziałam, że już nigdy nie będę szczęśliwa? Naprawdę tak myślałam. A dzisiaj tyle szczęścia naraz. Skoro już nie bałeś się poprosić kalekę o rękę, mam nadzieję, że płaczkiem cię nie przestraszę? – Kasia znów się roześmiała.
– Nic mnie nie przestraszy. – Odpowiedział Filip i z czułością spojrzał na swoją narzeczoną.
***
– Mamo, widziałaś? Udało mi się! – Antosia podbiegła do ławki, na której siedziała Kasia.
– Oczywiście, widziałam. I dla taty wszystko nagrałam. Jesteś naszą dumą. – Kasia przytuliła córkę.
– Pani Anna powiedziała, że będę tańczyć w centrum. – Pochwaliła się Antosia. – To znaczy, że tańczę najlepiej?
– Tak. – Szepnęła Kasia i również szeptem zdradziła córce tajemnicę. – Tylko cii, zbytnia pewność siebie nie przynosi sukcesów. – Antosia przytaknęła z zrozumieniem. – A teraz zbieraj się, jedziemy po tatę z pracy.
Minęło dziesięć lat. Kasia już nie mogła tańczyć na dużej scenie, ale na własnym weselu tańczyła całkiem nieźle. Jak zauważył Filip, na pewno lepiej od niego. Droga do gwiazd była dla Kasi długa, ale razem z Filipem dali radę. I by nigdy o tym nie zapomnieć, oraz o tym, że trzeba wierzyć w lepsze, marzyć bez względu na okoliczności, Kasia zaproponowała, by sufit w sypialni pomalować na podobieństwo gwiaździstego nieba. Filip poparł ten pomysł. Otwierając rano oczy, Kasia wiedziała, że gwiazdy są na wyciągnięcie ręki, wystarczy tylko chcieć. Do każdych i zawsze.



