Przyjaciele wyjechali na wakacje, zostawiając klucze do domku.

Przyjaciele wyjechali na urlop i zostawili nam klucze do swojej działki. No wiesz, żeby można było sobie zrobić grilla na świeżym powietrzu albo wyrwać chwasty z grządek pełnych pysznych warzyw. A może nawet po to, żeby opiekować się czyimś dobytkiem, jeśli zajdzie taka potrzeba.

Tym razem klucze przydały się właśnie na „odchwaszczanie”. Wszystko było zasiane i posadzone, i trzeba było regularnie dbać o rośliny, wyrywając niechciane chwasty i pielęgnując krzaczki.

Przed wyjazdem przyjaciele przestrzegli nas, że na działce czasem pojawia się pewne stworzenie i żebyśmy go nie przegonili. Jeśli będzie trzeba, mamy go nakarmić. I z tą tajemniczą radą wyruszyli na dalekie Hawaje.

Na początku byłem zdziwiony takim układem z sąsiadem. Jeśli to jakaś bestia, czemu mielibyśmy ją karmić? Mimo wszystko, znając dobrą naturę przyjaciół, mogłem się spodziewać, że dbali o jakiegoś zwierzaka. Może i jest bestią, ale dobrym towarzyszem? W końcu, czy to podlewanie, pielęgnowanie, czy karmienie bestii, nieważne. Jak trzeba, to trzeba. Może to ktoś na kształt strażnika?

Pierwszego wieczoru pojawiła się owa bestia. Po telefonie na odległe Hawaje z dodatkowym opisem dowiedzieliśmy się, że to właśnie ona. Dokładniej rzecz biorąc – Bestia, bo tak miała na imię.

Bestia przychodziła punktualnie o ósmej, przeglądała działkę i siadała w kącie, zaczynając smutno gwizdać. Była to pieśń oszukanego i rozczarowanego istoty. Wtedy zadzwoniliśmy, by sprawdzić, kogo mamy przed sobą.

Bestią okazała się wiewiórka, która regularnie przychodziła na działkę i domagała się jedzenia swoimi smutnymi gwizdami. Na pytanie, kto wpadł na pomysł, aby nadać temu małemu stworzeniu tak mężne imię, znajomi tylko się uśmiechali i mówili, że sama się tak przedstawiła.

Niezależnie od wszystkiego, Bestia codziennie odwiedzała działkę i usiłowała wyprosić coś do jedzenia, niczym wędrowny muzyk śpiewający za chleb.

Wcześniej widywałem wiewiórki w lesie, nawet w bajkach, ale żeby przychodziły zaśpiewać dla mnie osobiście, o tym nigdy nie słyszałem. Jakby to było w jakimś dowcipie, że „Skoro dla wszystkich brakuje ptaków, teraz twoja kolej na śpiewanie ludziom”.

Pierwszego wieczora, z naszej dobroci, usypaliśmy jej przed gankiem stertę nasion. Bestia, widząc tę górę, prawie połknęła nuty z zaskoczenia i zaczęła szybko chować nasiona słonecznika do pyszczka, starając się utrzymać minimalny luzik w buzi.

Jak pokazało doświadczenie, nie istniało dla niej pojęcie „zbyt wielu nasion”. Dowolną ilość zakopanych nasion bestia teleportowała w niewielkim czasie. Na nowe porcje wracała z pustymi policzkami, przypominającymi trochę więźnia książki „Skuteczna dieta”, a po chwili intensywnej pracy łapkami, jej policzki miały kształt, którego mogłaby się pozazdrościć Samantha Fox.

Bestia bała się tylko jednej rzeczy — że nasiona kiedyś się skończą, a wtedy straci sens życia. Z tego powodu nie pozwalała, by zalegały długo przy ganku.

By nie przeszkadzać sobie telefonami, kładliśmy je na stoliku na zewnątrz, zawsze blisko, by usłyszeć, gdy ktoś dzwoni.

Jak zwykle wieczorem, wykazując cudowne punktualność, na ganku ukazała się Bestia. Leniwie przeturlała łapą po drewnianych deskach przed wejściem, powąchała łapkę i usiadła, patrząc w dal. Tego wieczoru miała nastrój liryczny, po chwili zaczęła intonować swoją „Pieśń głodu”.

Wtem zadzwonił telefon leżący na zewnątrz. Siedziałem wtedy w domu, oglądając telewizję, więc nie dostrzegłem sygnałów Bestii, ale telefon usłyszałem.

Tymczasem moja żona, która słyszała i Bestię, i telefon, stwierdziła, że wiewiórka jest ważniejsza, więc ja mogę odebrać. Z tymi, jak najbardziej słusznymi myślami, usypała przed Bestią kupkę nasion. Naciągany menestrel od razu przestał śpiewać i zaczął chwytać pierwsze nasiona z kępy. Nie zdążył jednak ich połknąć, bo pojawiłem się na ganek i bez marnowania czasu wskoczyłem w dół, zeskakując z kilku stopni.

W tym momencie powietrze stało się gęstsze i przeczucie czegoś niezwykłego ogarnęło mnie. Bestię także ogarnęło to przeczucie, gdy moja postać z hukiem wylądowała na desce, na której włochaty geniusz szykował się do zasłużonej uczty.

Efekt dźwigni był niesamowity. Bestia z pełnym pyszczkiem nasion wzleciała jak strzała w górę, ignorując grawitację, i zniknęła w chmurach.

Ziemia powitała ją z powrotem po kilku sekundach. Gdzie była przez ten czas i co widziała — pozostaje tajemnicą. Jednak sądząc po szeroko otwartych oczach i puszystym ogonku, zobaczyła coś niesamowitego. Gdy stanęła na ziemi, niczym komandos za linią wroga wskoczyła pod ganek i zniknęła.

Przed gankiem pozostała nietknięta sterta nasion, symbolizując, jak krótkotrwała może być sztuka.

– Już nie wróci – zgodnie stwierdziliśmy. I nikt by nie wrócił po nieplanowanej podróży w stratosferę!

Zrobiło się jakoś smutno. Usiadłem przy kupce nasion. Nie, na pewno nie wróci. Automatycznie chwyciłem jedno większe nasiono z wierzchołka sterty, ująłem je palcami i chrupałem głośno.

Zza schodów rozległ się gniewny gwizd. Tam, rozciągając łapki jak sumo przed walką, stała Bestia, patrząc na mnie czarnymi, wściekłymi oczkami. „Nie rusz, to moje nasiona!” – mówiły jej oczy. I jeszcze wiele więcej przeczytałem w nich na swój temat.

I do dziś dziwi mnie, skąd wiewiórki znają takie słowa?!

Rate article
Fajna Tajna
Przyjaciele wyjechali na wakacje, zostawiając klucze do domku.