Tydzień po pożegnaniu z tatą, rano, w niezrozumiałym półśnie, nagle znalazła się w labiryncie korytarzy. Biegła gdzieś, nie pamiętając niczego, wiedziała tylko, że potrzebuje telefonu, bardzo go potrzebuje.
Było lato, a przyjaciółki Zosia i Hania wybrały się nad Bałtyk na długo wyczekiwane wakacje. Ich pokój był niewielki, ale bardzo blisko plaży. Cały dzień opalały się, ich skóra nabrała już ciemnego odcienia, a pragnienie opalania się i wylegiwania na piasku tylko rosło. W samo południe słońce grzało niemiłosiernie, wszystko wokół zdawało się topnieć, nawet powietrze. Było gorąco jak w saunie, trudno było oddychać.
– Nie wytrzymam dłużej – powiedziała Zosia, wstając z ręcznika. – Chodźmy gdzieś. Tak tu piecze, że zaraz zmienimy się w krakersy.
– Zgadzam się – odpowiedziała Hania, dodając – Chodźmy do kawiarni. Tam jest chłodniej i zjemy coś przy okazji, pora obiadu już nadeszła.
Przyjaciółki poszły do lokalnej kawiarni, gdzie mogły znaleźć cień i zjeść coś smacznego. Takich jak one było sporo, ustawiła się spora kolejka.
Zosia przykryła głowę książką, starając się ochronić przed żarzącym słońcem. Zapomniała kapelusza w domu, mrużyła więc oczy.
– Wszystko w porządku? – zapytała Hania. – Skoczę po lody. Schłodzimy się trochę.
– Idę z Tobą? – zaproponowała Zosia.
– Nie! – stanowczo odmówiła Hania. – Zobacz, ile ludzi. Zajmą nam miejsce. Zostań tutaj!
Hania oddaliła się, a Zosia znudzona stała przy nagrzanym betonowym budynku, w palącym słońcu. Kolejka się nie poruszała, więc znów zmrużyła oczy.
Usłyszała dzwonienie w uszach, a w głowie miała zamęt. Była daleko na morzu, brzegu nie widać. Leżała na wodzie, która była niesłona. Upiła kilka łyków, odczuwając natychmiastową poprawę. Na niebie wisiała ogromna tęcza, a woda błyszczała jak kalejdoskop. Wszystko było piękne. Miała uczucie lekkości jak piórko kołyszące się na falach i szczęście… Ludzie chodzili po tęczy. Wśród nich zauważyła swojego ojca, który zmarł rok temu. Uśmiechał się do niej i machał.
Nagle usłyszała głosy z góry.
– Tutaj, tutaj! – krzyczeli zgodnie. – Podaj rękę! Podciągniemy Cię.
Kilka rąk chwyciło Zosię, wciągając ją do łodzi. Znów się rozluźniła, nie miała ochoty być w tej łodzi, a głosy stawały się coraz wyraźniejsze, głównie kobiece.
– Kto ma amoniak? – nie przestawali pytać. – Podajcie więcej wody!
Zosia odzyskała przytomność, otworzyła oczy.
– Uff, przyjaciółko – westchnęła Hania. – Napędziłaś mi stracha! Tak się martwiłam!
Zosia z zaskoczeniem i rozczarowaniem spostrzegła, że siedzi na werandzie kawiarni, a nie na morzu.
– To był udar słoneczny, kochanie! – mruknęła Hania, dziękując innym za pomoc. – Mówiłam Ci: weź kapelusz, weź kapelusz! A Ty: „Tak, dobrze!” I proszę, masz, co chciałaś!
Ludzie się rozeszli.
– Haniu – powiedziała Zosia zamyślona. – Widziałam tam tatę. Już prawie rok go nie ma, a wyglądał tak młodo.
Dziewczyny w końcu weszły do kawiarni i usiadły przy stoliku. Zosia wciąż była zamyślona po niespodziewanym spotkaniu z ojcem.
Tydzień po pożegnaniu z tatą, rano, w niezrozumiałym półśnie, gwałtownie zanurzyła się w labiryncie korytarzy. Biegła gdzieś, nie pamiętając niczego, wiedziała tylko, że potrzebuje telefonu. Bardzo potrzebuje.
Dotarła do nieznanego pokoju. Zobaczyła stary telefon wiszący na ścianie, obdrapany i wiekowy. Ucieszyła się. Odebrała słuchawkę i zawołała:
– Witaj! Witam!
– Już dobrze! Zosiu, co się stało? – odbił się znajomy głos ojca. – Uspokój się i powiedz. Pomogę, jak tylko będę mógł.
Ojciec za życia był małomówny, a gdy chciał o coś zapytać, zawsze zaczynał od krótkiego „Dobrze”. Dziewczyna była szczęśliwa, słysząc jego głos z wszystkimi charakterystycznymi intonacjami. Pospiesznie opowiedziała o wszystkim: o sobie, o matce, o kuzynce, jego siostrzenicy, która trzy dni po jego śmierci obroniła pracę magisterską. Nie doczekał tego dnia, ale bardzo na niego czekał.
– Tato, wyobrażasz sobie – zaśmiała się. – Zgodnie z obietnicą, obroniła na piątkę!
Nagle przystanęła, jakby się przebudziła.
– Halo, tato! – krzyknęła w słuchawkę. – Tato, nie ma Cię! Jak to możliwe, że ze mną rozmawiasz?
– Czasami – mówił ojciec. – Jeśli naprawdę czegoś pragniesz, to się zdarza, córko, to się zdarza.
Ojciec za życia nie wierzył w żadne mistyczne rzeczy, był materialistą, co dziwne, teraz mówił inaczej. Obudziła się i przypomniała sobie moment, gdy siedziała z Hanią w kawiarni. Wtedy patrzyła tam, gdzie nad wodą rozciągała się tęcza.
A teraz… wciąż nie może pozbyć się wrażenia, że tata jest gdzieś blisko niej i wspiera ją każdego dnia.



