– Serio myślisz, że będę gotować dla twojej mamy każdego dnia? – z oburzeniem oświadczyła żona.
– I jak długo to ma trwać? – Olga z hukiem postawiła patelnię na kuchence. – Czy ja zdaniem twoim zostałam zatrudniona jako pomoc domowa dla twojej mamy? Przez dwa miesiące ani jednego dnia wolnego! – Ścisnęła drewnianą łopatkę, aż kostki jej palców pobielały od napięcia. W jej głosie dźwięczała stara uraza.
Sergiusz stał nieruchomo w drzwiach kuchni, nie decydując się wejść. Żona stała przy kuchence, gdzie na patelni skwierczały kotlety – ulubione danie jego mamy. Od zapachu smażonego mięsa i cebuli drapało go w gardle, może też z powodu ciężkości nadchodzącej rozmowy.
– Ola, no daj spokój – próbował mówić łagodnie, uspokajająco. – Mama po prostu przyzwyczaiła się do domowego jedzenia. Nie może jeść gotowców, przecież wiesz…
– Wiem! – Olga z hukiem odłożyła łopatkę na blat. – Wszystko wiem! I o jej ciśnieniu wiem, i o diecie, i o trybie żywienia. Tylko dlaczego codziennie muszę się tu krzątać jak wiewiórka w kołowrotku? Mam też swoją pracę!
Za oknem powoli gasł październikowy dzień. Cienie gałęzi starej jabłoni, rosnącej pod kuchennym oknem, tańczyły na ścianach, niczym niemi świadkowie ich kłótni. Sergiusz automatycznie spojrzał na zegarek – niedługo powinna wrócić mama ze spaceru.
– Może powinniśmy zatrudnić pomoc? – zaproponował niepewnie, wiedząc, że żona jest przeciwna obcym w domu.
Olga gorzko się uśmiechnęła: – Oczywiście! A pieniądze same spadną z nieba? Przecież wiesz, ile wydajemy na leki mamy.
Odwróciła się do kuchenki, ukrywając łzy. Trzy miesiące temu, kiedy Nina Iwanowna przeprowadziła się do nich po mini-wylewie, to Olga sama nalegała na ten krok. Ale wtedy nie mogła sobie wyobrazić, jak bardzo ich życie się zmieni.
W przedpokoju trzask drzwi wejściowych. Lekkie kroki – Nina Iwanowna wróciła z wieczornego spaceru. Olga pospiesznie otarła oczy kuchennym ręcznikiem i zaczęła układać kotlety na talerzach. Sergiusz wciąż stał w drzwiach, nie wiedząc, co powiedzieć i jak postąpić.
Zapadła ciężka cisza, przerywana tylko brzękiem naczyń i syczeniem stygnącej patelni.
– Mamusiu, jak poszedł spacer? – Sergiusz pospieszył do przedpokoju, ciesząc się z możliwości ucieczki od ciężkiej rozmowy z żoną. Ostatnimi czasy coraz częściej łapał się na tym, że unika konfliktów, chowając się za pracą, późnymi powrotami i niekończącymi się “pilnymi” sprawami.
Nina Iwanowna stała przy lustrze w przedpokoju, powoli rozwiązując wełniany szalik – prezent od zmarłego męża. Jej palce, niegdyś sprawne, czarujące przez lata przy maszynie do szycia, teraz ledwo radziły sobie z prostym węzłem. Ta zdradziecka drżenie pojawiło się po wylewie i z każdym dniem stawało się coraz bardziej widoczne.
– Dobrze się przeszło, Serduszko, – próbowała się uśmiechnąć, ale uśmiech wyszedł wymuszony. – Na skwerze zbierali liście. Pamiętasz, jak za młodu lubiłeś w nich skakać? Zawsze ci mówiłam: “Przestań, przeziębisz się!” A ty się śmiałeś…
Oparła się o ścianę, zamykając oczy. Bladość jej twarzy i pot na czole nie umknęły uważnemu spojrzeniu syna.
– Coś dzisiaj ciśnienie mi szwankuje, – przyznała Nina Iwanowna. – Chyba się przeszłam.
– Już podaję ci tabletki, – odezwał się głos Olgi z kuchni. Choć bywała zła, zdrowie teściowej traktowała z pełną powagą. To może efekt lat pracy w klinice, gdzie codziennie widywała skutki zaniedbanych chorób.
– Nie przejmuj się, Olgo, – Nina Iwanowna ciężko usiadła na ławce w przedpokoju, wyciągając z kieszeni swetra blister z lekami. – Teraz chodzę jak zwiadowca, wszystko noszę ze sobą. Oto moi pomocnicy…
Jej wzrok zatrzymał się na starej fotografii na ścianie – ona z mężem w dniu ślubu. Jak dawno to było… Wtedy nawet nie mogła sobie wyobrazić, że na starość stanie się ciężarem dla własnego syna.
Sergiusz pobiegł do kuchni po szklankę wody, prawie zderzając się z wazą stojącą na podłodze. Przechodząc obok żony, próbował uchwycić jej spojrzenie, ale Olga demonstracyjnie odwróciła się do kuchenki, gdzie skwierczały kotlety. Od zapachu smażonego mięsa poczuł mdłości – cały dzień nic nie jadła, obracając się pomiędzy pracą, sklepami i gotowaniem.
– Co dzisiaj na kolację? – Nina Iwanowna wciągnęła powietrze, wchodząc do kuchni. – Znowu kotlety? Olgo, po co się tak starasz? Zjadłabym i zupki…
– Nic się nie stało, mamo, – Olga z takim impetem wbiła widelec w kotlet, że zaskrzypiał o dno patelni. – Przecież to lubisz. Pamiętam.
W jej głosie zabrzmiało coś, co sprawiło, że Nina Iwanowna zadrżała i zatrzymała się na progu kuchni. Przez dwadzieścia lat życia rodzinnego syna nauczyła się wyłapywać najdrobniejsze nuty napięcia w głosie synowej. Teraz dźwięczały tak, jak napięta struna.
Starsza pani powoli przeszła do stołu, opierając się na ramieniu syna. Usiadła, rozłożyła serwetkę na kolanach – nawyk, który wszedł jej w krew podczas pracy w szkole. Sergiusz pośpiesznie przesunął jej talerz, szklankę z wodą, sprawdził, czy krzesło stoi wygodnie.
– Wiecie co… – zaczęła Olga, ale ucichła, gdy zauważyła, jak pobladła teściowa. W skroniach pulsowały powstrzymywane słowa. – Zjedzmy po prostu kolację.
Przy stole zapanowała przytłaczająca cisza. Tylko sztućce brzęczały o talerze, a na ścianie miarowotkał zegar – stary, jeszcze po babci Sergiusza. Mechaniczny dźwięk odliczał sekundy tego nieznośnego milczenia. Nina Iwanowna ledwo tknęła jedzenie, ukradkiem zerkając to na syna, to na synową.
Ostatni miesiąc często spotykała takie spojrzenia, słyszała urywki rozmów, widziała, jak zmienia się atmosfera w domu, gdy tylko wchodziła do pokoju.
“Mogłam odmówić przeprowadzki.”, przemknęła jej gorzka myśl. Ale na głos tylko pochwaliła kotlety, próbując rozładować atmosferę: – Bardzo smaczne, Olgo. Jak moja mama robiła…
– Już tak dłużej nie mogę, – oznajmiła cicho Olga, odkładając widelec. – Po prostu nie mogę.
Tikanie zegara stało się ogłuszające. Nina Iwanowna zastygła z podniesioną do ust łyżką, a Sergiusz zbielał, poczuł, że teraz wydarzy się coś, czego tak bardzo się obawiał w ostatnich tygodniach.
– Każdego dnia to samo, – głos Olgi potężniał z każdym słowem. – Wstaję o szóstej, na ósmą do pracy. W przerwie biegnę do apteki po leki, po pracy – do sklepu, gotowanie, sprzątanie… A kiedy żyć? Kiedy odpocząć?
– Córeczko… – zaczęła Nina Iwanowna.
– Nie jestem twoją córką! – Olga gwałtownie wstała, krzesło z łoskotem uderzyło o ścianę. – Masz syna, niech to on gotuje. A ja mam dość! Rozumiesz? Do-syć!
Sergiusz podskoczył: – Ola, no co ty…
– Co ja? – prawie krzyczała. – Co takiego powiedziałam? Prawdę! Ty znikasz w pracy, a ja mam rozrywać się między szpitalem a domem? Twoja mama – twoja odpowiedzialność!
Nina Iwanowna powoli odłożyła łyżkę. Jej ręce drżały bardziej niż zwykle: – Oczywiście, jestem tylko ciężarem… – Wytarła oczy rogiem serwetki. – Wiesz, Olgo, wszystko rozumiem. Myślisz, że nie widzę, jak się męczysz? Jak się złościsz? Każdego wieczoru modlę się, by sił starczyło, by obsłużyć się samodzielnie…
– Mamo, przestań, – Sergiusz próbował objąć matkę za ramiona, ale delikatnie odsunęła się.
– Nie, synu, pozwól mi dokończyć, – Nina Iwanowna wyprostowała się, jak kiedyś przed niesforną klasą. – Pracowałam w szkole przez czterdzieści lat. Wiesz, czego nauczyłam się przede wszystkim? Słuchać. I słyszę, Olgo, jak płaczesz w łazience. Widzę, jak twoje ręce drżą wieczorami z przemęczenia…
Olga zamarła przy kuchence, wbijając się w blat pobielałymi palcami. Po policzkach spływały gniewne łzy.
– Ja też byłam młoda, – kontynuowała Nina Iwanowna. – Też marzyłam o swoim życiu. A potem teściowa zachorowała… Przez dziesięć lat się nią opiekowałam. Każdy dzień jak we mgle – praca, gotowanie, zastrzyki, zabiegi. Mąż w pracy, syn mały… Myślałam, że oszaleję.
– Mamo, dlaczego mówisz takie rzeczy? – mruknął zdezorientowany Sergiusz, patrząc z matki na żonę.
– Bo, synu, nie masz racji. – Nina Iwanowna wstała od stołu. – Nie masz wcale racji. Nie można wszystkiego zrzucać na Olgę. Jutro zadzwonię do opieki społecznej, zapytam o opiekunkę…
– A ile to będzie kosztować? – pytała cicho Olga, nie odwracając się.
– Oddam swoją emeryturę. I można wynająć mieszkanie – zawsze to jakiś dodatek.
Sergiusz spojrzał na dwie najważniejsze kobiety w swoim życiu i poczuł, jak coś w nim się przewraca. Tyle lat chował się za pracą, udając, że nic się nie dzieje…
– Nie, – wstał, prostując ramiona. – Żadnych opiekunek. I mieszkania nie będziemy wynajmować.
– Ale jak… – zaczęła Nina Iwanowna.
– Jutro porozmawiam z szefem o pracy zdalnej trzy dni w tygodniu, – stanowczo powiedział Sergiusz. – Gotować będziemy na zmianę. Mamo, nauczysz mnie swoich słynnych kotletów?
Nina Iwanowna mrugnęła zdziwiona: – Oczywiście, synu… A dasz radę?
– Wyobraź sobie, mężczyźni też potrafią gotować, – po raz pierwszy tego wieczoru w głosie Olgi pojawił się uśmiech. – Tylko uważaj, twój syn lubi eksperymentować. Pamiętasz jego barszcz z curry?
– Ale było oryginalnie! – uśmiechnął się Sergiusz, czując, jak napięcie powoli mija.
– Mogę zajmować się sprzątaniem, – niespodziewanie zaproponowała Nina Iwanowna. – Odkurzanie jest trudne, ale wytrzeć kurz, ułożyć rzeczy – to dla mnie wykonalne. I prasować mogę, przecież całe życie…
– Mamo, – przerwała Olga, w końcu odwracając się do stołu. – Nie musisz…
– A chcę! – W oczach Niny Iwanowny zabłysnął znajomy nauczycielski ogień. – Myślisz, że łatwo siedzieć całymi dniami bezczynnie? Tylko oglądam telewizję i patrzę przez okno. A tak będzie z tego pożytek.
Nagle zaszlochała i przycisnęła dłoń do ust: – Przepraszam was, dzieci… Widziałam, jak wam ciężko, ale milczałam. Bałam się powiedzieć choćby słowo.
– I wybacz mi, – Olga niespodziewanie uklękła obok stołu teściowej, wtuliła twarz w jej kolana, jak kiedyś zrobiła z własną mamą. – Nawarzyłam tu… Byłam zła.
Nina Iwanowna głaskała synową po głowie, rozmazując łzy po policzkach: – No to postanowione. Sergiusz gotuje we wtorki i czwartki…
– I co druga sobota! – dodał syn.
– I co druga sobota, – skinęła głową Nina Iwanowna. – A ja zajmę się sprzątaniem. I jeszcze, moja droga, – uniosła twarz Olgi za podbródek, – nie zatrzymuj wszystkiego w sobie. Mów, kiedy ciężko. Przecież jesteśmy rodziną.
Tykał zegar na ścianie, niedojedzone kotlety na stole stygły, a za oknem powoli gasły ostatnie promienie październikowego słońca. Po raz pierwszy od wielu miesięcy w domu zrobiło się naprawdę ciepło.



