Przemysław z trudem wszedł na swoje piętro. Przez chwilę stał przed drzwiami. Noga, którą złamał pięć lat temu, wciąż go bolała. Otworzył drzwi i wszedł do ciemnego korytarza mieszkania, zamykając je za sobą. Nie zapalał światła, a przez moment po prostu stał.
Jak to dawno było. Jak dawno – przekraczał próg, a w mieszkaniu już było jasno! Na jego twarzy pojawił się niechcący uśmiech. Lubił wtedy otwierać drzwi swoim kluczem, próbując zaskoczyć swoją żonę Mariolkę i pocałować ją, choć ona zawsze zgadywała kiedy przychodzi, nawet jeśli była w kuchni.
„Dlaczego znowu nie zadzwoniłeś?” – to było wypisane na jej twarzy ozdobionej piegami. Przemek rozkładał ręce, schylając się, żeby pocałować Mariolkę w nos, na którym tłoczyły się piegi. „Zdejmij płaszcz, umyj ręce” – odpowiadała surowo, choć oczy jej się śmiały.
Przemysław westchnął ciężko, powracając ze wspomnień do teraźniejszości. Zdjął kurtkę, zrzucił buty, które później starannie ustawił. Przebrał się, umył ręce, jak to było w jego rutynie. Wszedł do kuchni i usiadł na taborecie. Powinien zjeść obiad, ale nie miał ochoty, a też nic nie było przygotowane.
Kiedyś mógł szybko otworzyć lodówkę i porwać kawałek sera czy kiełbasy. Albo jakieś ciastko. Unikał wtedy narzekań żony: „Przemek, co ty jak małe dziecko! Poczekaj trochę!” I próbowała go pacnąć ręcznikiem. Obaj się śmiali…
Rzucił okiem na ciemną kuchnię, nie zapalając światła – wszystko, co potrzebował, widział. Otworzył lodówkę. Kilka jajek, chleb. W zamrażarce trochę masła i zamrożony kurczak. Gotować umiał, nauczył się tego przed ślubem, mieszkając w akademiku, ale nie chciał włączać światła, aby nie widzieć kuchni umeblowanej sprzętem, który wybierali razem z Mariolką.
Zamknął drzwi lodówki, nic nie jedząc. Wrócił do pokoju i osunął się na kanapę. Spać? – za wcześnie. Mógł się położyć, ale wiedział, że nie zaśnie i będzie się kręcić do północy. Oglądać telewizję? Dużo tam do oglądania…
Przemek znowu zanurzył się we wspomnieniach. Ślub. Ich pierwszy Sylwester. Na dzień przed nim przyniósł choinkę. „A ozdoby masz?” – zapytała żona. „Ozdoby…” Nie miał ich. Skończył studia, zaczął pracować, zrozumiał, że z pensji inżyniera mieszkania nie kupi, więc zmienił pracę. Oszczędzał, kupił mieszkanie, zrobił remont, ale do ozdób nigdy nie doszedł.
Mariolka zaśmiała się radośnie. „Zaraz”. Z kuchni przyniosła orzechy, folię. Ostrożnie owijała orzechy w folię, przypinała spinaczem i wkrótce choinka była ubrana. „Tak robiła babcia na wsi,” wyjaśniła.
Ozdoby kupili później, ale kilka orzechów z tej pierwszej choinki wciąż leżało w kredensie. Przemek spojrzał na wazę, którą zaledwie domyślał się w ciemności, i wzdrygnął się, gdy zadzwonił telefon.
Zamarł, myśląc, że to tylko jego wyobraźnia! Ale telefon Mariolki nadal dzwonił, nawet lekko stukając o ciężką kryształową powierzchnię. To nie mogło być. Żaden telefon nie trzyma baterii przez pięć lat! Ale dzwonienia nie ustawały.
Przemek gwałtownie wstał, krzywiąc się z bólu w nodze, i podszedł do kredensu. Podniósł telefon i podnosząc go do ucha, zachrypniętym głosem zapytał: „Halo? Kto mówi?”
Głos nie odpowiedział, ale telefon nie był też cichy. Słyszał jakby oddech. „Mariolka?” – zapytał niepewnie, czując się jak szaleniec.
I nagle usłyszał muzykę, a potem słowa starej piosenki: „… Pewnie w następnym życiu, kiedy stanę się kotką…”. Przemek odciągnął telefon od ucha. Spojrzał na niego. Tekst powtarzał się i powtarzał, a on nie miał odwagi wyłączyć urządzenia, które nie powinno działać!
I nagle – po raz drugi tego wieczora – usłyszał krzyk. Gdyby pracował telewizor, pewnie by go przeoczył. Krzyk był całkiem realny, ale bardzo cichy i dobiegał z klatki schodowej. Miał charakter kociej rozpaczy.
Telefon umilkł, gdy tylko krzyk zabrzmiał. Przemek spojrzał na wyłączony aparat, ostrożnie położył go z powrotem do wazy i ruszył do korytarza. Tam w końcu włączył światło i zamknął oczy. Zaczekał chwilę, by przyzwyczaić wzrok, i nasłuchiwał. Za drzwiami panowała cisza.
Może to wszystko mu się przyśniło? Dzwonek. Krzyk. I nie byle jaki krzyk. Rozdzierający wołanie o pomoc. Przemek szeroko otworzył drzwi. Na wycieraczce leżał mały kotek. Rudy. Rudy jak piegi na twarzy Mariolki. Jak płomienne loki jego żony, potrąconej na przejściu pięć lat temu.
Przemek się pochylił i podniósł malca. Otworzył mały pyszczek i ochryple zamiauczał. Nie miał sił. Stał jak wryty. Kotek zamiauczał znów – pomóż!
– Ojej, ja głupi! Stoję tu! – powiedział Przemek.
Szybko zamknął drzwi i pognał do kuchni. Zapalił światło, położył kotka na stole, wyjął ręcznik i ułożył go na nim. Co robić? Przemek nigdy nie miał kotów, a na pewno nie takich wycieńczonych!
Żeby pić, doszedł do wniosku. Nalał wody na spodek, postawił obok kota, ale on sam nie mógł stać. Przemek zaczął ostrożnie poić go łyżeczką. Wiele rozlał, ale coś dotarło do małego pyszczka.
Co dalej? Przemek sięgnął po telefon. Na szczęście miał internet! Po pół godzinie wiedział, co robić. „Zostań tu, zaraz wracam,” powiedział kotu, delikatnie kładąc go razem z ręcznikiem do misy, w której kiedyś robili farsz.
Przemek pobiegł do najbliższego sklepu po mleko i jedzenie. Po powrocie znów posiłkował się poradami z sieci i zajął się sierotą. Ustalił też, że to kotka potrzebująca pomocy.
Kotka! „Pewnie w następnym życiu, kiedy stanę się kotką…”, przypomniał sobie Przemek. Spojrzał na kotkę, która po nieudolnych staraniach zaczęła wyglądać lepiej, i delikatnie położył ją na kanapie.
„Jutro wszystko. Pojedziemy do weterynarza, zrobię, co doktorzy zalecą, żebyś wyzdrowiała. Wykąpię cię. A teraz śpij, Mariolko…”



