Urodzona od razu jako czterolatka

Urodziłam się od razu jako czterolatka…

Nic nie pamiętam. Nie chcę niczego pamiętać. Pragnę zapomnieć to, co czasami przebija się w mojej głowie.

Urodziłam się od razu czteroletnia. Długo nie mogłam zrozumieć, co się ze mną dzieje. Jakaś szara mgła ukryła i zasłoniła moje wczesne dzieciństwo. Wszystko było jak we mgle, ponure, złe… Stałe uczucie bezradności i ciągły płacz mojego małego brata. On zawsze chciał jeść. I płakał. Ten płacz prześladuje mnie do dziś.

Patrzę na płaczące dziecko na ulicy, a serce zamiera. Przyglądam się jego buzi — nie, nie jest chudy, w rękach ma precla. Patrzę na jego mamę — piękna, młoda, dobrze ubrana… trzeźwa! Dlaczego więc płaczesz?! Masz wszystko! Tak bardzo chcę krzyknąć do tego chłopca — przestań, nie płacz, przestań łkać! Nawet nie rozumiesz, jak jesteś szczęśliwy! Przytul swoją mamę i nie puszczaj! Nigdy nie puszczaj!!!

Najbardziej na świecie boję się stracić mamę. Moją mamusię, z którą się narodziłam, mając cztery lata.

Pamiętam, jak czekałam w domu dziecka na swoją biologiczną mamę i babcię. Pamiętam, jak przyszła babcia. Dziś nie jadłam cukierków i dałam je jej, poprosiłam, by przekazała je Januszkowi. Wzięła je. A tydzień później przyniosła mi je jako poczęstunek… tylko połowę. Byłam z tego zadowolona. Babcia powiedziała: „Czekaj na mnie”, i więcej jej nie widziałam.

„Dobrzy” ludzie mówili, że raczej nikt mnie nie zabierze. Mama pije, babcia pije, tata mówił, że nie jestem jego dzieckiem. Do rodziny zastępczej mnie też nie wezmą, bo jestem związana z Januszem, moim bratem, a on jest chory. Chorych dzieci nikt nie chce.

Od razu wszystko zrozumiałam. Nie czekałam, wiedziałam, że nikt mnie nie potrzebuje. Jeśli najbliżsi nie przychodzą po mnie, to znaczy, że jestem zła. Najgorsza dziewczynka na świecie. To ja jestem wszystkiemu winna! Z naszego domu zabrano nas przez to, że nie mogłam uspokoić wciąż płaczącego brata. Jestem gotowa na każdą karę.

Kiedy się nie czeka, nie ma nadziei — jest łatwiej. Wszystko wokół obojętne. Było mi wszystko jedno, co jem, co piję, w co jestem ubrana, gdzie nas prowadzą i po co. Zasypiałam, a nawet nie zasypiałam — umarłam. Najpierw wewnętrznie, a potem moje ciało, podtrzymując mnie, nie chciało żyć.

Bardzo źle się czułam. Bolało mnie. Ale na to zasłużyłam. Zastrzyki, kroplówki, tabletki i cisza… długa, wyczerpująca cisza. Nagle przy moim uchu oddech kogoś. Głos. Niespodziewanie zrobiło się ciepło i miękko. Otworzyłam oczy. Ktoś mnie trzyma na rękach. Nie spieszy się, delikatnie, ale bardzo mocno kołysze mnie i szepce coś do ucha.

Nie mogę sobie przypomnieć, czy to była piosenka, czy modlitwa. Szybko zamknęłam oczy. Co, jeśli to sen i odejdzie. Nie, nie! Śnie, nie odchodź! Teraz jest mi tak dobrze!

To właśnie ten moment wspominam najczęściej. To było moje pierwsze spotkanie z mamą. Jej syn zachorował. W szpitalu Michałowi zrobiło się lepiej, zasnął. Mama go ułożyła i, owijając mnie swoim swetrem, kołysała mnie na rękach. Pamiętam jej ręce głaszczące moje włosy i odgarniające je z twarzy. Pamiętam jej zapach, szept przy moim policzku.

Pamiętam, jak bałam się otworzyć oczy. Jak łzy zdradziecko płynęły mi po policzkach, a mama wycierała je swoją delikatną dłonią. A potem jej łzy zaczęły na mnie padać. Pamiętam, jak zawyłam… nie zapłakałam, ale zawyłam, jak mały piesek. Ból, który we mnie siedział, wybuchł na zewnątrz w najbardziej nieodpowiednim momencie. Nie otwierając oczu, wyłam. Na cały szpital. Przybiegli lekarze i zabrali mnie od mamy. Nie mogłam sobie wybaczyć, że się nie powstrzymałam, bo gdybym milczała, uścisk trwałby wiecznie.

Kolejny raz zobaczyłam mamę już w “Avise”. Czas, kiedy mnie odwiedzała, był bardzo trudny. Starałam się z całych sił nie wierzyć, nie czekać na nią. A może po prostu niczego nie rozumiałam. Teraz trudno powiedzieć.

Pewnego ranka mama zabrała mnie do domu. Nigdy wcześniej nie byłam taka piękna. Wszystko na mnie było nowe. Sukienka, rajstopy, buty, sweterek, a nawet bielizna. Tego dnia zostawiliśmy przeszłość na zawsze.

W nowym życiu miałam wszystko. Łóżko i stół, poduszki i zabawki, pełną szafę pięknych ubrań i magiczne książki. Byli Michał i Lila. Nie było jednak Januszka…

Na początku bałam się ruszać. Starałam się mniej mówić i jeść. Chciałam się przypodobać mamie i tacie, albo przynajmniej im nie przeszkadzać. Nie wiedziałam, jak się zachować. Ciągle czekałam, kiedy będzie źle. Kiedy kara mnie dosięgnie. Wszystko się zmieniło, kiedy mama powiedziała, że nigdy i za żadne skarby mnie nikomu nie odda!

Cokolwiek bym zrobiła. Powiedziała, że jestem jej dzieckiem, a ona moją mamą. I to nie my zadecydowaliśmy, ale los. Los wie najlepiej. „Więc, powiedziała mama, pofiglujmy!” Ile suchych liści rozsypaliśmy tego dnia! Rodzice zakopywali nas z Michałem w liście. Mama zaplotła kolorowe wianki na nasze głowy i wyglądaliśmy jak jedno.

Janusz pojawił się w domu całkiem nieoczekiwanie. Nie poznałam go i długo nie wierzyłam, że to mój brat. Kiedy zrozumiałam, kogo mama wprowadziła do domu, ogarnął mnie strach. A jeśli on będzie płakał, bawił się, hałasował?! Zabiorą nas z domu. Błagałam Janusza, żeby był cicho, nie odstępowałam na krok, aby niczego nie zepsuł. A gdyby coś zepsuł, mama by tego nie zauważyła. Z Januszem ciągle coś się działo. Bratkiem źle chodził, ciągnął nogę, a ręka całkiem nie działała. Wszystko upuszczał i tłukł, a mama tylko się śmiała i tuliła go. Szybko zrozumiałam, że Januszowi też nie grozi wyrzucenie, i przestałam się martwić.

Każdą wolną chwilę staram się spędzać z mamą. Godzinami siedzimy i rozmawiamy o wszystkim i o niczym. Pamiętam, jak w dużym towarzystwie przyjaciółki mamy wspominały z jaką wagą i wzrostem urodziły się ich dzieci. Jak pierwszy raz zobaczyły swoje maleństwa. Czułam, że grunt usuwa mi się spod nóg. Nie mogłam oddychać.

Mama uśmiechnęła się i powiedziała, że Michaś urodził się z wagą 3800 i wzrostem 52 cm, Małgosia urodziła się ważąc 3200 i mierząc 47 cm, Januszek 2700 i 45 cm, a Lilka 2100 i 44 cm, i opowiedziała, jak pierwszy raz nas zobaczyła, jacy byliśmy śliczni i kochani i co czuła. Tak bardzo pragnęłam, żeby to była prawda, że wkrótce uwierzyłam w tę piękną bajkę i nią zastępowałam swoje ciężkie wspomnienia.

Mama często mnie kołysała, zawiniętą jak niemowlaka. Uwielbiam te chwile. I nawet teraz, kiedy coś mnie niepokoi, siadam koło mamy, chwytam ją za rękę i wiem, że nie ma nic bardziej kojącego niż ten zapach, życzliwy uśmiech, troskliwe spojrzenie. Niesamowite, ale gdziekolwiek jestem, cokolwiek robię, widzę przed oczami oczy mamy. Mogą być wesołe, smutne, radosne czy zaniepokojone, zmęczone czy pełne blasku. I zawsze pełne miłości! Mama patrzy na mnie z dumą albo niepokojem… ale nigdy z obojętnością czy wyrzutem. Ja, a właściwie wszyscy, staramy się być jak nasza mama. I życzymy wszystkim dzieciom na ziemi, by widziały takie właśnie matczyne oczy.

Autor: Maja Afonasewska.

Rate article
Fajna Tajna
Urodzona od razu jako czterolatka