Nie swoja rodzina
— Mamo, co to za list ukrywasz? — To z wioski, od dziadka — odpowiedziała machając ręką i zaczęła przygotowywać kolację. — Mamy dziadka? Mówiłaś, że z twojej strony nikogo już nie ma.
Mama na chwilę przestała kroić warzywa, a potem zaczęła to robić jeszcze szybciej.
— No, jest… i co z tego? Wiele lat temu wyjechałam z domu, wtedy nie byłam potrzebna, a teraz mam wszystko rzucić i pędzić mu na ratunek?
Zaczęła płakać, a ja nie wiedziałam, co powiedzieć. W naszej rodzinie rzadko mówiło się o jej krewnych. Wiedziałam tylko, że mama zaraz po szkole przyjechała do miasta, pracowała, studiowała, mieszkała w akademiku, urodziłam się wtedy ja, a tata nas opuścił jeszcze przed moim narodzeniem.
Mama miała żal do swojej rodziny. A ja nie miałam kogo zapytać, co wydarzyło się wtedy, wiele lat temu.
Wieczorem, gdy mama zasnęła, cicho wyjęłam list z jej pokoju i przeczytałam. Pismo było ładne, staranne, wyraźnie nie należące do starego, chorego człowieka. Napisano, że dziadek zupełnie się położył, potrzebuje dobrej opieki i drogich leków. Proszono mamę, by zapomniała o dawnych urazach i swojej dumie, bo chodzi o życie człowieka.
Nie było podpisu. Spojrzałam na adres. Ta wioska znajdowała się całkiem blisko naszego miasta, moja koleżanka miała działkę kilka kilometrów od niej. Przeszedł mnie zimny dreszcz… często ją odwiedzałam, a obok mieszkał dziadek. Jak to się stało, że mama tak z nami postąpiła?
Następnego dnia rano, jak zwykle, wybrałam się na uniwersytet, tylko dodatkowo zabrałam pieniądze i torbę z rzeczami na zmianę i poszłam na dworzec autobusowy.
Wysiadłam z autobusu i głęboko wciągnęłam czyste, przejrzyste jak łza powietrze wioski. Nie musiałam iść długo, stary pochylony domek stał kilka metrów od przystanku. Otworzyłam furtkę i weszłam na podwórze.
— Do kogo? — usłyszałam czyjś głos. Spojrzałam, a pod jabłonią siedziała kobieta w średnim wieku, przebierając dopiero co zebrane grzyby.
— Do Szymona Andrzejewicza, to mój dziadek.
— A, czyli córka Janki, — uśmiechnęła się — witaj! Wejdź do domu, przygotuję herbatę, dziadek zasnął po obiedzie. Trochę mu się polepszyło.
W domku było przytulnie i pachniało ciastami. Podczas gdy kobieta krzątała się przy kuchni, mogłam się jej trochę przyjrzeć. Niezwykłe, jak bardzo przypominała mamę: ten sam kształt oczu, czarne jak smoła włosy, nawet sposób mówienia był podobny. Z kobiety przeniosłam wzrok na portret na ścianie, stara wyblakła fotografia przedstawiała uśmiechniętych mężczyznę i kobietę z dwiema małymi dziewczynkami, bardzo podobnymi do siebie.
Widząc mój wzrok, kobieta powiedziała:
— To my z twoją mamą i nasi rodzice. Ja jestem Zofia, jej siostra i twoja ciotka, — uśmiechnęła się.
— Miło cię poznać. Dlaczego nigdy o was nie słyszałam? Mama uparcie twierdziła, że nie mamy żadnej rodziny.
Westchnęła, usiadła przy stole i zaczęła nalewać herbatę do filiżanek.
— Twoja matka ma do nas pretensje. Urodziłam się słaba, często chorowałam, nasza mama właściwie nie wychodziła ze mną ze szpitali, a ojciec, to wiadomo, pracował dzień i noc, żeby nas wyżywić i opłacić leczenie. Janka najpierw mieszkała z babcią, potem często zostawiał ją ojciec u sąsiadki. Oczywiście, niemal cała uwaga rodziców była skoncentrowana na mnie. Od dziecka wbiła sobie do głowy, że nikt jej nie kocha i nie potrzebuje, nawet gdy wszystko wydawało się poprawiać. Po ukończeniu szkoły Janka wyjechała do miasta, więcej jej nie widzieliśmy…
Westchnęła i dodała.
— Pij herbatę, pewnie jesteś głodna po podróży, zaraz moje dzieciaki przylecą i wszystko zjedzą. Mam dwójkę: Alę i Leona, sama ich wychowuję, już dawno pytali, czy mamy jakąś rodzinę, więc się ucieszą…
Tego wieczoru poznałam dziadka i moich kuzynów. Wszyscy bardzo się cieszyli z mojego przyjazdu, a ja wreszcie zrozumiałam, co to znaczy, gdy mówi się o dużej i zżytej rodzinie, która zebrała się przy jednym stole. Spędziłam tam kilka dni, kupiłam wszystkie potrzebne leki.
Kilka razy dzwoniła mama i prosiła, bym natychmiast wróciła do domu, ale nie mogłam zostawić dziadka, a ciotka fizycznie nie nadążała pracować i opiekować się nim jednocześnie.
— Jak przestaniesz mieć dochody, kto za twoje studia zapłaci? — krzyczała do telefonu mama — robiłam dla ciebie wszystko, nie spałam po nocach, a gdzie ty teraz jesteś? Z ludźmi, którzy nawet palcem nie kiwnęli, żeby coś dla nas zrobić.
— Mamo, o czym ty mówisz? Przecież nawet nie podałaś swojego adresu przez piętnaście lat… obcy, krewni… To przede wszystkim mój dziadek. A dawne wydarzenia powinno się zapomnieć… Potrzebna mu opieka, troska. Skoro nie przyjeżdżasz, ja z nim będę. Przy okazji, masz świetną siostrę i siostrzeńców. Źle robisz, mamo…
Odkładała słuchawkę, złościła się, dzwoniła ponownie, ale nasze rozmowy do niczego nie prowadziły.
Po tygodniu wróciłam do miasta, musiałam kontynuować naukę, kończyłam studia, ale moje serce było niespokojne.
Pieniądze, które udawało mi się zarobić rozklejając ogłoszenia i udzielając kilku godzin korków w tygodniu, wysyłałam do wioski. Ale to były tylko grosze…
Relacje z mamą przypominały napięte struny, raz nawet udało jej się ukryć mój paszport, żeby zatrzymać mnie w mieście na świąteczne dni, zamiast pozwolić mi jechać do wioski.
Tak minął rok, w pośpiechu, troskach i ciągłych kłótniach i skandalach.
Kiedy tylko odebrałam dyplom, spakowałam rzeczy i wyjechałam.
W wiosce ciocia pomogła mi znaleźć pracę w szkole, życie potoczyło się swoim rytmem. Dziadek już wstawał na nogi i odbywał krótkie spacery po ogrodzie, był mi bardzo rad. Ale jego oczy pozostawały smutne, czekał na córkę…
Wrzesień wypełnił moje życie pośpiechem i przyjemnymi zajęciami, dostałam pierwszoklasistów, tak ich pokochałam, że codziennie biegałam do pracy, jak na święto. Przy okazji zauważyłam, że nasz nauczyciel historii, także niedawny absolwent miejskiej uczelni, zaczynał mnie interesować i że jego również przywiodło do wioski. Wydawało mi się, że wszyscy zazwyczaj ciągną do miasta. A tutaj…
— Aniu, nie lekceważ Aleksego — szepnęła kiedyś ciocia — dobry chłopak, złote ręce, zobacz jaki dom zbudował. A to, że w mieście nie został, to babcia ma tu, sam jest sierotą, więc razem mieszkają.
Wkrótce Aleksy zaprosił mnie na randkę i tak rozpoczął się nasz romans. Zaczął coraz częściej bywać w naszym domu, dziadek zaakceptował mój wybór. Kiedy Lolek poprosił mnie o rękę, pobłogosławił nas.
Ślub był ustalony na koniec kwietnia. Wcześniej poinformowałam mamę o tym listownie. Odpowiedzi nie otrzymałam, bardzo mnie bolało, że w tak ważnym dniu nie będzie jej ze mną…
Przed dniem ślubu, kiedy z ciotką i dwiema moimi przyjaciółkami zajmowałyśmy się przygotowaniami w kuchni, do drzwi zapukał ktoś cicho. Rzuciłam się, by otworzyć. W progu stała mama. Na mój widok rozpłakała się.
— Ja… przyjechałam tylko na chwilę, chcę ci pogratulować…
Zaprosiłam ją do środka, ale nie mogła się przemóc, by zrobić krok. Wtedy z kuchni przybiegła ciotka, słuchając naszych głosów wyszedł dziadek.
Objął córkę, stali jeszcze długo, ocierając sobie nawzajem łzy. Dziadek coś szeptem mówił do mamy, a ona płakała…
Już od wielu lat mieszkam we wsi, mam dużą, szczęśliwą rodzinę, moje dzieci dorastają, prowadzę wciąż zajęcia w szkole podstawowej, a co najważniejsze, wreszcie mam bliskich ludzi, których kiedyś mama uważała za obcych. Mama nie wyjechała, wreszcie pogodziła się z ojcem i siostrą, a to, co było w przeszłości, niech tam pozostanie.



