25 marca 2024
Ostatnio coraz częściej zastanawiam się nad tym, jak absurdalna jest nasza sytuacja. Mimo że w rodzinie mamy aż pięć mieszkań, ja z żoną musimy wynajmować kawalerkę. Tak bardzo się do tego przyzwyczaiłem, że przestało mnie to dziwić, ale czasem wciąż nie mogę się z tym pogodzić.
Rodzice mojej żony, Państwo Kowalscy, od lat mają własne mieszkanie na Mokotowie, do tego dwa inne lokale jeden na Pradze, drugi na Żoliborzu które wynajmują studentom i rodzinom. Zawsze uśmiechają się pod nosem i powtarzają, że sami na wszystko zapracowali, więc oczekują od nas dokładnie tego samego. Najwyraźniej nie pamiętają, że kiedyś mieszkania przyznawano z przydziału, albo można było dostać je za pracę w dużych zakładach. Teraz to wygląda zupełnie inaczej ceny nieruchomości szybują, a odkładanie na własny kąt graniczy z cudem, zwłaszcza gdy większość pieniędzy przeznacza się na wynajem.
Moi rodzice, Państwo Nowakowscy, są do nich bardzo podobni. Gdy zmarła moja babcia, przekazała mi swoje mieszkanie na Ochocie, ale byłem wtedy jeszcze dzieckiem. Rodzice postanowili więc przez te lata wynajmować babcine cztery kąty. Teraz już jestem dorosły, mam 32 lata, a oni nie chcą oddać mieszkania, bo przywykli do dodatkowej gotówki co miesiąc. Oczywiście nie pozwalają mi tam zamieszkać uznali, że jeszcze przyjdzie moja pora.
Od kilku lat razem z żoną, Celiną, wynajmujemy małą kawalerkę w starej kamienicy na Woli. Kiedyś mieliśmy w końcu wziąć kredyt, ale ceny rosną szybciej niż zarobki. Na mieszkanie idzie prawie całe nasze wynagrodzenie czasem brakuje na warzywa czy dobre mięso, o wakacjach nie wspominając. Teraz jestem na urlopie ojcowskim, bo Celina urodziła naszą córeczkę, Zosię. Moje zarobki nigdy nie były wysokie, ale przynajmniej bez dziecka udawało się przeżyć do końca miesiąca. Teraz pracuję w magazynie, dorabiam jako ochroniarz na nocnej zmianie, żeby jakoś się utrzymać. Szkoda, że nie mam wyższego wykształcenia po technikum od razu trafiłem do wojska, potem poznałem Celinę i nie było już czasu na studia.
Najbardziej irytujące w tym wszystkim jest zachowanie mojej mamy. Co tydzień prosi mnie, żebym jeździł z nią do centrum, doradzał przy wyborze nowej sukienki czy bluzki. Zamiast cieszyć się zakupami, martwię się, czy w tym miesiącu wystarczy nam na leki, witaminy albo świeże owoce dla Zosi. Mama ciągle powtarza, że musimy być finansowo niezależni, ba argumentuje, że powinniśmy im pomagać, bo ona z ojcem chcą już tylko podróżować po świecie, by nacieszyć się życiem.
Nie potrafię zrozumieć takiego podejścia rodziców zarówno moich, jak i teściów. Mają wszystko, co potrzebne do życia, jeszcze więcej, a nie chcą zrobić najmniejszego gestu w stronę własnych dzieci. Jasne, nie oczekuję, by latami rezygnowali ze swoich przyjemności, ale skoro mogą dlaczego nie pomóc? Zupełnie nie pojmuję tej mentalności. U mnie w domu nigdy tak nie będzie. Przysięgam, nasze dzieci otrzymają wszystko, na co będziemy mogli sobie pozwolić. Poza tym dam im przede wszystkim wsparcie.
Znajomi próbują mnie pocieszać Spokojnie Michał, kiedyś wszystko odziedziczycie. Ale szczerze? Czuję się tak rozgoryczony, że nie chcę już od nich niczego. Niech sobie zabiorą te mieszkania nawet na drugi świat. Najważniejsze, by moja Zosia nigdy nie musiała czuć się jak ja wiem już, przed czym ją będę chronił.
Dziś mocno sobie uświadomiłem, że nie majątek jest najważniejszy. Najważniejsze jest wsparcie, jakie można dać bliskim, i to, żeby dzieci nie musiały przechodzić przez te wszystkie rozczarowania.



